wtorek, 28 lutego 2017

Nowi Żołnierze Wyklęci


Jeden z bardziej cenionych przeze mnie zespołów śpiewał kiedyś „każda epoka rodzi anty-epokę”. Kolejny zespół, który mi się dziś przypomniał miał w tekstach stwierdzenie: ”Nowy system żre padlinę poprzedniego systemu”.

Otóż jutro prawica będzie obchodzić „Dzień Żołnierzy Wyklętych”. „Prawdziwi i jedyni patrioci” będą czcić swoich bohaterów, których szkalowali socjalistyczni politycy, czy historycy. Słusznie i niesłusznie. Przez kilkadziesiąt lat starano się odebrać formacjom takim jak NSZ ogrom ich zasług w walce o okupowany wówczas kraj. Większość weteranów nie dożyła oficjalnego podziękowania ze strony państwa o które walczyli. Co więcej, ludzie Ci byli prześladowani i katowani ze strony ówczesnej ubecji. Tylko z tytułu tego, że wywodzili się z przedwojennej endecji.

Po latach niektóre środowiska starają się to wszystko nadrobić i oddać im cześć. Nie dziwi mnie zatem określenie „wyklęty”. Starano się ich zapomnieć, wymazać, wytępić. Przekląć, wykląć, oczernić, bo byli solą w oku dla współczesnego aparatu władzy i jego ideologii.

Z drugiej strony, na wojnie nie ma świętych. W każdej formacji zdarzały się przypadki przestępstw wojennych, czy ludobójstwa. Chodzi mi oczywiście o masakrę dokonaną przez oddział „Burego”, w której ginęły nawet dzieci, czy poczynania "Ognia". Nie przyjmuję więc do siebie tłumaczenia, że mordowanie niewinnych może odbywać się „dla dobra ojczyzny”. Nikt normalny temu nie zaprzeczy.

Obserwując jednak internetowe dyskusje na przeróżnych portalach widzę, że zaprzeczanie zbrodniom Wyklętych to jednak powszechne zjawisko. W oczach dzisiejszych nacjonalistów, „ich” żołnierze są krystalicznie czyści, a każdy zarzut pod ich adresem traktowany jest jako oczywiste, komunistyczne kłamstwo. Całości towarzyszy fala nienawiści, więc nawet najsubtelniejsza krytyka jest niedozwolona. To myślozbrodnia. Prawica jest dla naradowców nieskazitelna. Za to zbrojna, partyzancka lewica jest dla nich całkowicie odrażająca, ponieważ skupia wokół siebie samych bandytów, morderców i gwałcicieli. W najlepszym przypadku, jedynymi odpowiedziami (pomijając „Śmierć wrogom ojczyzny” i „Giń lewaku!”) na zarzuty  pod adresem Wyklętych są próby licytowania się, która strona konfliktu miała więcej zbrodni na swoim koncie. Coś wspaniałego…

Z tym samym mieliśmy do czynienia w minionym systemie, choć różnica jest taka, że wtedy nie było internetu w którym nastroje społeczne widać jak na dłoni.

Historia nie jest czarno-biała. Ma odcienie szarości. Na dodatek, historia kołem się toczy i często jest dziwką na usługach mniej lub bardziej wygodnych dla danej rzeczywistości politycznej historyków. Dziś szkaluje się formacje takie jak Gwardia Ludowa, czy Bataliony Chłopskie. Zaryzykuję stwierdzenie, że m.in. te dwie organizacje powoli stają się nowymi, współcześnymi Żołnierzami Wyklętymi. Z tą jedyną różnicą, że tym razem nie ma więzień i katów...bo Ci co walczyli w większości już poumierali ze starości.

Też ginęli i walczyli (choć prawdę mówiąc nie zawsze z czystym sumieniem), więc...Cześć i chwała Żołnierzom Wyklętym!

Tym z PRLu i tym z III RP.

niedziela, 3 lipca 2016

Sondaże




Od jakiegoś czasu media starają się wmówić Polakom, że są nielubiani dosłownie wszędzie. Widać to chociażby po Brexicie. Ile jest w tym prawdy? Czy stereotypowy Polak to pijak, złodziej, awanturnik i cham, który nie potrafi się dostosować do otoczenia, w którym się znajduje? Gdybym odpowiedział na to pytanie twierdząco, z pewnością skrzywdziłbym wielu (jeśli nie większość) swoich rodaków. Co się w takim razie dzieje? Za co nas tak nie lubią?

Jakiś czas temu, oglądałem w telewizji wiadomości, w których pokazywano sondaż. Rzekomo wynikało z niego, że Rosjanie darzą nas wyjątkową antypatią. Dziwnym zrządzeniem losu, parę dni później natrafiłem na serię internetowych filmów, które zmusiły mnie do refleksji.


Zacząłem więc szperać dalej, choć doskonale wiem, że prawda będzie leżeć gdzieś pośrodku.


Mam coraz dziwniejsze wrażenie, że mówi się tak m.in dlatego, aby zniechęcić młodych do emigracji. Wszak każdy obywatel to podatnik, z którego należy zedrzeć jak najwięcej kosztem wszelkich jej ambicji czy marzeń. Chyba gdzieś już się spotkałem z tego typu rozumowaniem. Każdy kilogram obywatela szczególnym dobrem narodu.

Co dzieje się, gdy „skarbonka” postawi się okoniem i mówi otwarcie o tym, że czuje się zakładnikiem we własnym kraju, bo chciałby zarabiać wystarczająco dużo, by móc chociażby założyć rodzinę? Automatycznie nazywa się go bezczelnym rozszczeniowcem. Czy pragnienie normalnego, godnego życia to tak wiele? Pracodwaca wymaga odpowiednio wykonanej pracy, a pracownik odpowiedniej zapłaty. Ekonomia powinna działać w obie strony.

Oczywiście, można wziąć kredyt i zostać zakładnikiem banku. Dziś bierze się na wszystko kredyt, żyje się na kredyt. Jak za Edwarda Gierka. Na pogrzeby też bierze się kredyty. Niestety, wielu ludzi nie stać nawet na skromną trumnę i nagrobek.

Polacy nie potrzebują jałmużny pokroju „500+”. Potrzebują tego, aby ich własne państwo nie uprzykrzało im życia wysokimi podatkami i składkami, czy absurdalnymi wymysłami biurokracji. Zresztą...problem nie leży tylko tutaj. Pracując dla zagranicznej firmy zaczynam zastanawiać się, kiedy zaczną płacić nam kolorowymi paciorkami.

Obcy przedsiębiorcy już dawno wyczuli, że Polska stała się drugim Bangladeszem i źródłem taniej siły roboczej. Doskonale zdają sobie sprawę z tego, że przy obecnej sytuacji ekonomicznej z całą pewnością znajdą się liczni zdesperowani, którzy podejmą się jakiegokolwiek zajęcia, za jakąkolwiek stawkę. Gdy tego typu proceder stanie się czymś powszechnym, błędne koło się zamknie.

Kolejne zagraniczne korporacje zaczną stawiać tutaj hale. Rząd będzie zadowolony, bo teoretycznie bezrobocie spadnie.

niedziela, 15 listopada 2015

"Idą dobre czasy dla pankroka"


Dość dawno temu, pisałem o tym, że punk stał się pewnego rodzaju autokarykaturą tracąc jakiekolwiek wartości (poza muzycznymi). To fakt – granie dla samego rozgłosu czy rozrywki jest tylko sztuką dla sztuki. Jeżeli dochodzi do tego zysk, to mamy już do czynienia z perfidną chałturą. Oczywiście, z czegoś żyć trzeba, instrumenty same się nie zakupią, a rodziny same się nie nakarmią. Mam na myśli granie, gdzie głównym (lub bardzo ważnym) celem jest pieniądz i żerowanie na naiwnych dzieciakach. W końcu fajnie sprzedać komuś koszulkę, czy naszywkę z logiem swojego zespołu. Fajnie też ubrać (kosztujące krocie!) ciuchy Freda Perrego, Everlasta czy Lonsdale`a i krzyczeć tym, jak źle się powodzi klasie robotniczej. Zawsze bawiło mnie to u skinów. U punków jest podobnie. Rewia mody napędzana scenowym gwiazdorstwem, które nie ma do przekazania wiele poza tym, że weekend był ciężki, mecz dobry, zimne piwo jest okej, a ładne dziewczyny przyprawiają wszystkich o zawrót głowy.

Od jakiegoś czasu widzę, że tendencja zaczyna się chyba powoli odwracać. Tylko ślepiec nie widzi, że żyje nam się coraz gorzej, a podział między bogatymi i biednymi staje się prawdziwą przepaścią. Nie trzeba być magistrem z socjologii, by wiedzieć, że zaczyna to rodzić pewne napięcia. Widać to chociażby po skrajnych ugrupowaniach – w siłę rosną grupy takie jak ONR (oraz pokrewne), a w ramach odpowiedzi mamy zbrojących się anarchistów i związaną z nimi antifę. Oliwy do ognia dolewa oczywiście sytuacja polityczno-ekonomiczna w samym państwie. Tzw. afera taśmowa dobitnie pokazała wszystkim, jak cyniczna, bezczelna i pozbawiona jakichkolwiek skrupułów jest nasza władza, która ma wszystkich obywateli za idiotów, czy frajerów (bo jak można pracować za mniej niż 6000zł?!).

Jakiś mądrala napisał kiedyś w pseudonaukowej książce, że „punk to muzyka z kolejki po zasiłek”...i może miał rację? Nawet młodzi nie mają żadnych szans. Jedyna praca na jaką mogą liczyć, to śmieciówka za 1300zł: kwota, która ledwo starczy na wegetację. Ale według oficjalnych danych jest dobrze, bo przecież spada bezrobocie! Szkoda tylko, że nikt z rządzących nie przyzna się, że jego spadek „zawdzięczamy” wyjazdowi tysięcy ludzi za granicę i wprowadzaniem przez tylne drzwi kraju koncernów, firm i spółek, które oferują pracę za ćwierćdarmo (bo stawek jakie proponują nie można nazwać nawet półdarmowymi).



To oczywiśćie (i niestety!) nie wszystko. Chore są też procedury, instytucje i systemy, które podlegają pod państwo. Barejowskie kolejki w służbie zdrowia, rekordowo niskie emerytury i zasiłki, bezkarność policji, czy chociażby samowola komornicza (np. w głośnej sprawie o ciągnik) to jedynie wierzchołek góry lodowej. Fakt, że niektórzy nie wytrzymują presji i wybierają się do urzędu z siekierą przestaje mnie już dziwić, choć sam czyn jest oczywiście godzien pełnego potępienia. Nie dziwię się też starszym ludziom, którzy do znudzenia powtarzają, że za komuny było lepiej. Choć jako niedoszły historyk oraz osoba w minimalnie oczytana mam jakieś pojęcie o minionej epoce i tego typu sentymenty tłumaczę sobie tęsknotą za czasami, gdy było się pięknym i młodym, to jednak zgodzę się z nimi na jednej płaszczyźnie. Za komuny było lepiej, gdy człowiek kładł się spać. Nie musiał tak panicznie bać się tego, co przyniesie mu jutro: czy go nie zwolnią, czy nie wyląduje na bruku, czy będzie miał za co kupić chleb . Co najwyżej, mógł bać się tego, że dostanie po łbie od milicji, bo np. wyróżnia się w tłumie. Wiem...za swoją ramoneskę z agrafką i wpiętym w klapę rezystorem miałbym częste problemy.

Ale przynajmniej nie rozstrząsałbym kwestii, czy jest przyszłość, czy jej nie ma.

Pankrok się wyczerpał – tak mi się tylko wydawawało. Kolego Filipie, miałeś rację. Idą „dobre czasy” dla punk rocka. Wyczuwam jego renesans. Reaktywują się dawne kapele (Azotox, Zwłoki, Stan Oskarżenia itd.), a obecne zaczynają śpiewać o czymś ambitniejszym niż piwo, futbol i dziewczyny.

sobota, 14 lutego 2015

"Zacofani, postępowi - byli sterowani zdalnie"


Czasem chciałoby się napisać coś więcej, choć wygląda na to, że sytuacja mówi sama za siebie. Wystarczy obserwować. Śledzić rzeczywistość, lecz nie tą znaną z mediów, ponieważ te zawsze będą służalcze wobec pewnych grup interesów: katolika TV Trwam, prawicowa TV Republika, reżimowa TVP. Gazety też nie są lepsze, dlatego też nie czytam żadnej. Wybieranie sobie gotowej, odpowiednio spreparowanej rzeczywistości mi nie odpowiada.

Zielone Żabki - Gazety  (live Zgorzelec 1988)
Zielone Żabki - Gazety (live Zgorzelec 1988)
Martwi mnie jednak co innego. Zaczęło się od sprawy WOŚPu. Jestem za mało poinformowany, by bronić lub zarzucać cokolwiek Panu Owsiakowi. Nawet jeśli od jego fundacji bardziej pomocny okazuje się na dłuższą metę (podający się za konkurencyjny) Caritas – co z tego? Czy licytowanie się o to, kto daje potrzebującym więcej jest w ogóle moralne? To jedna sprawa.

Drugą sprawą jest nagonka, którą bardzo skutecznie odwraca się uwagę społeczeństwa od innej kwestii. Otóż: czy w normalnym, zdrowym kraju, obywatelskie zbiórki (takie jak WOŚP) na służbę zdrowia są w ogóle koniecznie? Na co idą wszystkie nasze (bardzo zresztą wysokie) podatki i odciągane przymusowo od każdej pensji haracze-składki? Co jest nie tak z NFZem, że trzeba co roku fundować im podstawowy sprzęt, a pracujące dla nich pielęgniarki są zmuszone do urządzania pod sejmem „białych miasteczek”, bo nie są w stanie wyżyć z rekordowo niskich pensji? Gdyby Służba Zdrowia nie istniała tylko w teorii, to Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy nie byłaby w ogóle potrzebna!

O tym nikt oczywiście nie powie. Media zajmują się dyskredytowaniem jednym kosztem drugich. Skłóconym, podzielonym na „pisiorów”, „popaprańców”, „lemingów”, czy innych „lewaków” narodem łatwiej się przecież rządzi. Gdy obywatele będą żreć się między sobą, jest większa szansa na to, że afery pokroju „taśm prawdy” przejdą bez echa.

Kolejnym, świetnym przykładem napuszczania jednych na drugich są ostatnie wydarzenia. Nie wiem, gdzie leży prawda i ile tak naprawdę zarabia górnik. Wiem tyle, że pozamykanie kopalni doprowadzi do wyrzucenia na bruk dużej ilości ludzi. Nie znam też dokładnie specyfiki Śląska, ale podejrzewam, że będzie to wielką tragedią dla wielu rodzin. Co prawda, odziani w garnitury specjaliści twierdzą, że kwestia przekwalifikowania się górnika to pestka i z pewnością znajdzie on pracę gdzie indziej. Chciałbym w to wierzyć, ale jakoś nie wierzę...

Medialna machina poradziła sobie jednak z problemem. Wykorzystując ogólnie panującą frustrację i idącą z nią w parze zawiść, w mistrzowski sposób napuściła na strakujących górników resztę społeczeństwa przedstawiając fedrujących jako „nierobów”,”święte krowy po komunie” i „tych, którym się w dupach poprzewracało”.

Teraz tak samo mówi się o rolnikach. Na każdym kroku pokazuje się nowoczesne ciągniki, którymi przybyli na strajk. Ciekaw jestem, ile z tych maszyn zostało zakupione na kredyt. Co by nie było, mamy tu kolejnych strajkujących, których przedstawia się jako bezpodstawnie strajkujących leni. Zmanipulowane społeczeństwo już wiesza na nich psy. Następni zapewne będą kolejarze.

Co z tego wynika? Należałoby zrozumieć jedno. Wielu z nas zajmuje się obecnie szykanowaniem wszystkich strajkujących. Ściągajmy wszystkich, którzy mają jaja by się postawić na ziemię, a potem dziwmy się, że nikt nie ma ochoty wyjść na ulice.

Autor: Łukasz Kowalczuk. Jak zwykle trafił w punkt.


To nie te „nieroby” mają za dobrze. To cały naród zarabia śmieszne pieniądze, których większość i tak jest zabierana przez patologicznie funkcjonującą „Repbulika Kolesi”.

Górnicy, rolnicy, kolejarze - gratuluję postawy i szczerze Was popieram!



Polecam posłuchać, utwory zawsze umieszczam tu nieprzypadkowo.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Wszyscy pokutujemy, za to że coverujemy


Któż z nas nie zna hitów takich jak Smoke on the Water (Deep Purple), Paranoid (Black Sabbath), Passenger (Iggy Pop), Whisky in the jar (Thin Lizzy), Troops of tommorow (The Vibrators), Paint it black (Rolling Stones), Guns of Brixton (The Clash). Enter sandman (Mettalica), czy Smells like teen spirit (Nirvana)? Oczywiście, zna je każdy fan szeroko rozumianego rocka. Zapewne każdy również zna wersje w/w piosenek, które grane są przez inne kapele.

Bez dwóch zdań, te utwory mają status kultowych. Niektóre są nawet dosć skomplikowane, zarówno tekstowo jak i muzycznie. Ten, kto choć trochę zna się na graniu, ten wie, że chociażby „Smoke on the water” do najprostszych nie należy. Mimo wszystko, sporo mniej lub bardziej amatorskich kapel pogrywa własne interpretacje tych piosenek, czyli tzw. covery.

A te niejedno mają imię. Powody grania cudzych piosenek mogą być różne. Czasem jest to ukłon w stronę autora oryginału, czego najlepszym przykładem są składanki VA typu „Tribute to”. Innym razem, cover jest zwykłą zapchajdziurą: szczególnie gdy grający go zespół posiada małą ilość własnych utworów. Coverbandy takie jak Łogdan Bazuka, 666 Aniołów, The Dumbs, czy Cheops & The Hooligans to jeszcze inna para kaloszy, a powody takiego grania są różne. Musiałbym zapytać ich o motyw, bo nie chcę uogólniać. Poniekąd wiem, że chłopaki z wągrowieckiego Łogdana chcą po prostu dobrze się bawić i grać fajną muzykę. Tyle.

Czy całe to zagmatwanie i kunszt wykonania jest jednak gwarantem wieloletniego zachwytu publiki? Utwory z reguły mają swoich adresatów. Nie inaczej jest w przypadku muzyki punk-rockowej, gdzie miano legendy zyskała chociażby puławska Siekiera z numerem o tej samej nazwie. O ile się nie mylę, kawałek został nagrany w 1984 roku, a największą sławę zyskał podczas festiwalu w Jarocinie. Większość punków zna jego tekst na pamięć do dziś, co oczywiście nie jest dziwne. Jest niezwykle prosty. Przypominają go także liczne covery, które często  grane są na rockowych koncertach w całej Polsce. Podobnie jest z utworami warszawskiego Dezertera, wałbrzyskiego Defektu Muzgó („Wszyscy jedziemy”), grudziądzkiej Celi nr 3 („Kwiaty”), formacji Nocne Szczury z Władysławowa („Chodź pójdziemy tam”), czy grupy The Analogs ze Szczecina.

Z wrodzonej ciekawości (a może z powodu zwykłej nudy?) postanowiłem odrobinę poobserwować scenę by wyłowić niekwestionowanego faworyta, choć na dobrą sprawę wydawało mi się, że znam z góry odpowiedź. Nie myliłem się.

Oto największy szlagier polskiego punkrocka. Prosty, a jednak uwielbiany od ponad 30 lat. Tekst ponadczasowy i aktualny do dziś. Powielany przez co najmniej kilkanaście (o ile nie kilkadziesiąt, bo nie sposób policzyć tych, co kryją się po garażach i piwnicach) zespołów. Po długim namyśle – to chyba mój ulubiony utwór, którego słucham od początku mojej 12-letniej przygody z punkiem.

Sedes – „Wszyscy pokutujemy”. Krzyk pokolenia. Jednego, drugiego i trzeciego (a jeśli nic się nie zmieni, to także kolejnych). Mimo wielu naprawdę dobrych wykonań (utwór z oczywistych względów został oficjalnie wydany dopiero w 1992 roku), wersję z z Jarocina`84 uważam za najlepszą. Żadna inna nie niesie ze sobą tak dużego ładunku autentycznych emocji. 

 Sedes - Wszyscy pokutujemy (live 1984)
 Sedes - Wszyscy pokutujemy (live 1984)

Farben Lehre - Wszyscy pokutujemy

Wentyl Bezpieczeństwa - Wszyscy pokutujemy

Maggot
(Od 43 minuty, tu nawet załapałem się na film)

Uliczny Opryszek - Wszyscy pokutujemy


Pierestrojka - Wszyscy pokutujemy

Pijacka banda - Wszyscy pokutujemy


AK47 - Wszyscy pokutujemy


Ampótacja - Wszyscy pokutujemy


Zlef - Wszyscy pokutujemy

(Tu się nie przedstawili, ale to grają)


Cymeon X - Wszyscy pokutujemy


Bang Bang - Wszyscy pokutujemy


No Need To Adjust - Wszyscy pokutujemy


Zwarcie w Inkóbatoże - Wszyscy pokutujemy

Poltroll - Wszyscy pokutujemy


Dzieci PRL-u - Wszyscy pokutujemy


Zespół Wychowawczy - Wszyscy pokutujemy

Karate No Mercy - Wszyscy pokutujemy


Dzieci Opieki Społecznej - Wszyscy pokutujemy

Gdyby mój zespół nie „umarł ściercią naturalną” (niestety, wokalista był ze mnie bardzo marny) po paru próbach, to jest b.prawdopodobne, że nasze nagranie również dołączyłoby do tej (niepełnej!) kolekcji.

Niech chociaż ten skromny zbiór będzie moim ukłonem w stronę tego utworu.

Mam też prośbę do Was (Czy ktoś w ogóle to czyta?). Jeżeli ktoś dysponuje jeszcze jakąś wersją, prosiłbym o podrzucenie jej tutaj. Zamierzam na bieżąco uzupełniać ten wpis.

Swoją drogą, nie mogę się już doczeać tego filmu:

środa, 6 sierpnia 2014

Grzecznościowo

Zostałem poproszony o umieszczenie tego w internecie, więc tak też czynię:


"Luboń 20.07.2014.

                Prezydent Miasta Poznania
                Pan Ryszard Grobelny

Poznań-miasto nijakie /list otwarty/
motywacja "Aby sadłem się nie dławić lecz choć trochę świat
poprawić"

Nie jestem rodowitym Wielkopolaninem, choć moi rodzice stąd
pochodzą. Jestem mieszkańcem samego Poznania, lub jego okolic od czasu
rozpoczęciatu studiów w 1977 roku. Na skutek konfliktu z mianowanym w stanie 
wojennym prorektorem, w stopniu naukowym docenta, wtedy pryncypialnego 
wyznawcy obowiązującej ideologii i nie przyznaniu mi mieszkania 
służbowego, wobec braku jakichkolwiek możliwości mieszkaniowych, 
zmuszony byłem wyjechać z miasta. Koniunkturalizm i karierowiczostwo, 
głupota, uczyła młodzież akademicką, w tym przypadku, do emerytury.
Nie żałuję swojego wtedy braku naginania się. 
Poznań, nigdy nie był moim wymarzonym ośrodkiem akademickim,
kierunek studiów także nie mieścił się w zainteresowaniach. 
Jako miasto, wydawał mi się i tak jest dla mnie dalej, mający zbyt płytką duszę, bez
polotu. Był dla mnie uporządkowany, teraz nie mający swojego wyrazu, coraz 
bardziej nijaki.

Niedawno w Sudetach miałem rozmowę z mieszkańcem Wrocławia, który
użył tego określenia, ta osoba z zewnątrz, oddała nim to co myślę o
Poznaniu od dawna i chciałem o tym napisać, rozmowa to skonkretyzowała.
Po okresie wyjazdu, mieszkając niedaleko, próbowałem wrócić
zawodowo do tego co robiłem studiując, nie udało się, teraz już się o to nie
staram. Bywając wtedy w Poznaniu i prowadząc rozmowy z dawnym znajomymi z
mojej dziedziny, powiedziano mi, nie rezygnuj tak szybko z Poznania, 
Merczyński zaczął robić festiwal Malta, to będzie w mieście coś 
zmieniać, zacznie wpuszczać odczucia, poetykę, głębię.
Poznań nie nawiązuje do niczego, nie jest stolicą targową, biznesu,
do tego, że tereny te są początkami państwowości polskiej także, w
mieście i u jego mieszkańców zupełnie tego nie czuć , nie nawiązuje do tego
architektura, jest eklektyczna, obok budynków z kamienia lub cegły 
powstają zimne konstrukcje stalowo-szklane. Inne nowe na ogół także
nie nawiązują do otoczenia. Nieład kolorystyczny. Poza tym miasto to
nie tylko budynki, to warunki do życia, to miejsca wspólne, których jak
na lekarstwo w centrum, inwestycje są wciskane w każdy skrawek.
Zamykanie przestrzeni trwa, jak szklane wejście targowe, coraz trudniej o
oddech, to przytłacza.
Budowle stają się coraz bardziej kontrowersyjne, po co kolejne
galerie handlowe, z markami obecnymi w innych? Liczba ludności i siła
nabywcza tak nie rośnie. Po co takie wejście wschodnie dworca i on sam,
skoro, jeśli było potrzebne, wystarczyło wybudować skrzydło podobne do 
zachodniego i wyremontować budynek dworca. Dlaczego elewację i
wyjście zachodniego pozostawiono nie odnowioną, a zrobiono nowoczesne
zadaszenia peronów? Dlaczego przejście podziemne z peronów w jego kierunku
sprawia wrażenie brudnego i źle oświetlonego? Zamknięcie wejścia na hol 
dawnego dworca razi, mało estetyczną, żelazną kratą.
Zamek-przebudowa, jako osobne pomieszczenie piękne, sale
funkcjonalne, jako ingerencja zupełnie innego charakteru stylistyki w obiekt, 
nieuprawniona. 
 
Koszmar architektoniczny pod drugiej stronie Instytutu Logistyki, w
bezpośrednim sąsiedztwie Starego Rynku. Z ostatnich realizacji
budynek najbardziej niepasujący do otoczenia.
Rozwiązaniom dróg miejskich brakuje wystarczającej wyobraźni i
polotu, wizjonerstwa, przykładem może być ulica Mostowa z zamkniętą
możliwością wyjechania z korka przez ul.Grobla i most Rocha, na ul.Garbary
można wjechać dopiero na wysokości placu Kolegiackiego, ponieważ
poszerzono pasy zieleni i chodniki przy torach tramwajowych, likwidując ulicę.
Lub Bukowska, gdzie poprzednie węższe ulice przed Przybyszewskiego mają 
możliwość skrętu w prawo z pasa autobusów. Trzy miesiące temu
odcinek 150 m w połowie od Polnej do skrzyżowania jechałem 15 minut.
Napisałem w tej sprawie do Zarządu Dróg, do tej pory bez odpowiedzi.
Fredry i konieczność objeżdżania Zamku przez ul.Libelta.
Mania ulic jednokierunkowych i objazdów powoduje, że tam też się
korkuje. Brak trzeciego pasa obwodnicy autostrady, blokowanie się ruchu ma 
obwodnicy północnej przez brak wiaduktów na przejazdach kolejowych,
nierozwiązanie korkowania się okolic Naramowickiej, podwójne
światła przy dawnym Amino, zapalające się zawsze, a nie kiedy rzeczywiście 
wyjeżdżają stamtąd samochody. Działania Strefy płatnego parkowania, zamiast wprowadzać
udogodnienia dla mieszkańców, irytują i utrudniają funkcjonowanie. Nie widać 
inwestycji z opłat poza wkładaniem nowych słupków, w miejscach gdzie 
jeszcze niedawno można było parkować i opłacaniem armii funkcjonariuszy. 
Samochodów  już tak nie przybywa, proces trwa.
Tłumaczenie alternatywą komunikacji miejskiej byłoby poważne gdyby
pętle tramwajowe przesunąć do Komornik, Swarzędza, Kobylnicy, Czerwonaka,
Plewisk, Biedruska, Suchego Lasu,itp. Rozbudować miejską sieć 
tramwajową. Tak dużych i odważnych inwestycji brak, a miasto jest w
krajowej czołówce zadłużenia. A rowerowa? wystarczy spojrzeć na
mapę tras, fragmentaryczne, nagle się urywają, brak oznakowań co dalej?
gdzie można było coś zrobić bez większych nakładów zrobiono, gdzie trzeba
by ciąć pasy zieleni lub chodników czy jezdni, nic dalej.
Może jakimś wyjściem byłoby wykonanie trasy rowerowej wzdłuż Warty z rozjazdami do dzielnic i głównych ulic?
Targi, wydaje się, że powinny iść w stronę wystaw dla klientów 
indywidualnych i prezentacji oferty kraju dla świata i odwrotnie. 
Wystawianiu ofert  nowych technologi. Prezentacje wyrobów i
kontakty między firmami dokonują się elektronicznie, więc taka formuła
targowa jest mało przydatna i rozwojowa.

Transporty uczestników meczy stadionowych, kiedy te osoby będą same
za to płacić w cenie biletu? jako podatnik nie zgadzam się na płacenie
za to z budżetu. Biegi masowe, kiedy nie będą paraliżowały ruchu połowy miasta? i
będą przeprowadzane tylko na terenach zielonych, bardziej dla nich 
odpowiednich. Bieganie po asfalcie, w zapachach miasta, szczególnie
latem jest  mało przyjemne i korzystne dla zdrowia. Jeśli przebieg
tras ma związek ze sponsorowaniem biegów jest to tym bardziej naganne.

Nie oczekuję odpowiedzi na to co piszę, nie chcę polemiki, może
okazać się, że jesteśmy na różnych poziomach wrażliwości, w jednej
osobistej sprawie z Panami Prezydentami już prowadzę korespondencję, to
wystarczy, będzie mi miło jeśli moje myśli będą przydatne i pojawią się jakieś
zmiany, o których piszę. 
 
Za listem nie stoi żadna partia polityczna.
Zbigniew Herbert pisał, że smak decyduje o wyborach, jakość smaku
jest pochodną świadomości. 
Słuchający muzyki popularnej może znajdują w piosence Kazika 
Staszewskiego to co zrobiono z miastem.

Z wyrazami szacunku, mieszkaniec aglomeracji poznańskiej" 
 
Osobiście nie zgadzam się ze wszystkim.
Mimo wszystko wiem, że Poznań to miejsce mało przyjazne.
Zupełnie jak Polska, choć to już skala makro.
 


 


piątek, 20 czerwca 2014

W pięciu "słowach"

 Screwed Up - Wolny kraj
Przejebane - Wolny Kraj?
The Junkers - Ten Sam Syf
The Junkers - Ten sam syf
Detonator BN - Wszystko jest piękne
Detonator BN - Wszystko jest piękne
Azotox - Matka
AZOTOX - Matka
Włochaty - 382 tys. km. Gówna
Włochaty - 382 tys km2 gówna

Tym razem wszystko na temat w 5 utworach. Dziś stricte muzycznie. Kolejność przypadkowa.

sobota, 7 czerwca 2014

O nostalgii, sentymencie i praktycznym zbieractwie


Głupi podobno cieszy się z bateryjki i śmieje się do sera. W tych potocznych i bardzo popularnych powiedzeniach musi być jednak coś prawdziwego.

Historia od której zamierzam zacząć cały swój dziwny wywód jest kompletnie banalna. Jakiś czas temu upadła mi na podłogę maszynka do golenia. Pech chciał, że połamała się w najbardziej strategicznym miejscu, a tworzywa z jakiego zrobiona jest rączka nie chciał chwycić żaden znany mi klej. Po kilku nieudanych próbach naprawy postanowiłem wyrzucić sprzęt do kosza i naiwnie liczyłem na to, że do chwili zakupu nowego egzemplarza zadowolę się jednorazówkami. Niestety, był to spory błąd.

Nie byłoby w tym nic niesłychanego, gdyby nie fakt, że znalezienie nowej maszynki zajęło mi prawie 3 miesiące. Nawet nie zauważyłem w którym momencie sprzęt na tradycyjne żyletki wyszedł z powszechnej sprzedaży i z towaru pierwszej potrzeby przeistoczył się w towar luksusowy. Najtańszy model jaki udało mi się znaleźć w internecie kosztował „zaledwie„ 120zł, choć zdarzały się również urządzonka za tysiąc.

Słabo. Oczywiśćie, jest też chińszyzna niewiadomego pochodzenia, ale w tym wypadku lepiej już golić się nożem do tapet. Dobra żyletka to niestety nie wszystko, a niestety i o nią coraz trudniej. Nawet w tak dużym mieście jak Poznań.

Po długim okresie impasu, z pomocą przyszedł mi pewien portal aukcyjny. Dzięki cierpliwości, którą nabyłem podczas licznych polowań na stary sprzęt fotograficzny, udało mi się kupić nieużywanego, pochodzącego ze starych zapasów Wizameta, czyli coś co miałem do tej pory. Oczywiście, sprzęt prosto z Łodzi.

Może i całe przedsięwzięcie brzmi jak słynne „Do Bydgoszczy będę jeździł, a tu nie będę kupował”, ale współczesny sprzęt do golenia po prostu mi nie służy. Kilkuostrzowe kombajny błyskawicznie zapychają się ściętym zarostem, a same ostrza do „żylet” nie należą. O kosztach ekslploatacji takich maszynek i późniejszych podrażnieniach nie wspomnę. Dlatego od wieku nastoletniego golę się starym, dobrym Polsilverem. Na szczęście jeszcze jest w sklepach.

Może i ta codzienna czynosć w takiej właśnie formie jest dziś czymś równie ekscentrycznym jak dzwonienie z budki telefonicznej, ale każdy ma jakieś dziwactwa. Ze względu na konserwatyzm (jak widać nawet w kwestii codziennych czynnośći) i zamiłowanie do starych rzeczy nazwano mnie kiedyś „młodym starym”, czy „dziadkiem”. Cóż zrobić?

Całość dała mi oczywiście do myślenia i zacząłem w swym, pełnym demoludowych rupieci otoczeniu szukać drugiego dna.

Magnetofon szpulowy Tonette, radioodbiornik lampowy ZRK, zaklepany u rodziny wzmacniacz Diory z kolumnami Tonsilu... czy zakichana PRLowska maszynka do golenia, którą znacznie łatwiej zrobić sobie krzywdę niż jej zachodnim pierwowzorem. O masie sprzętu fotograficznego z NRD nie wspomnę. Co z tego wszystkiego wynika?

Nostalgia? Sentment? To raczej nie wchodzi w rachubę, ponieważ z minionej epoki pamiętam tylko szklane butelki na mleko (z aluminiowym kapslem!), ambulanse z dużych fiatów (babcia od wielu lat jest lekarzem, więc widywałem je często, gdy odwiedzałem ją w pracy) oraz przemówienia prezydenta Jaruzelskiego w telewizji. Podobno jako dziecko płakałem za każdym razem gdy widziałem go w na ekranie telewizora Neptun, lecz to już całkiem inna historia. Poza tym, mam dość negatywny stosunek do tamtego ustroju.

Więc co?

Przede wszystkim to, że mimo wieku wszystko działa. Czasami byle jak, ale działa. W przypadku awarii można zazwyczaj to wszystko naprawić bez konieczności wyrzucania sprzętu na śmietnik. W internecie można obejrzeć dość ciekawy dokument o celowym wytwrzaniu rzeczy nietrwałych. Wszystko po to, aby utrzymać ciągły popyt i móc czerpać zysk z ciągłej produkcji (nomen omen) bubli. Niestety, ale nie potrafię inaczej określić wielu rzeczy z jakimi mam codzienną styczność.

Wzmacniacz z którego korzystam zaczął się psuć po 5 latach i tym samym skłonił mnie do zamiany go na starą Diorę, która od 30 lat działa bez najmniejszego zarzutu (pomijając takie kwestie jak czyszczenie potencjometrów). Sprzęt brzydki, pozbawiony wielu przydatnych funkcji, ale bije „firmowy” plastik na głowę. Taki przykład.

Co ciekawe, nie praktykowano tego w państwach byłego Bloku Wschodniego, lecz na dobrą sprawę prymitywne technologie oraz jakość wykonania większości produktów pochodzących z tych stron pozostawiała z reguły wiele do życzenia. Oczywiście, trafiały się również rzeczy wybitnie trwałe i dobre: np. wymieniane wcześniej tonsilowskie głośniki, legendarne pralki WM66 o tysiącu zastosowań, albo niezawodne motocykle ze Świdnika, Zschopau, czy Iżewska. Na tym lista rzecz jasna się nie kończy.

Mimo wszystko, kupowało się to, co akurat udało się dostać, bo zbyt wielkiego wyboru nie było.

Niektórzy kupowali również na zapas lub z myślą o późniejszej zamianie z innymi. Zbieractwo i zaopatrywanie się we wszystko na zasadzie „trzeba brać póki jest, bo potem może nie być” było dość praktyczne jeżeli ma się na uwadze upierdliwość dnia codziennego w socjalistycznej rzeczywistośći. Sam przyłapuję się na tym, że coraz częściej myślę w ten sposób. Gdybym miał odpowiednie dojście i wystarczającą ilość pieniędzy, to kupiłbym 10 takich maszynek.

"Nowych" Wizametów niedługo już nie będzie. To jedna z ostatnich sztuk.

Chyba jestem praktycznym zbieraczem, który zwyczajnie lubi stare rzeczy zarówno za ich wygląd jak i trwałość. Głupi podobno cieszy się z bateryjki i śmieje się do sera.

Cieszę się z maszynki i śmieję się do monitora pisząc to wszystko.


czwartek, 29 maja 2014

"Był sobie raz cesarz..."


Podobno nie wypada mówić źle o osobach zmarłych, lecz na to należy sobie zasłużyć. Skoro nie mówimy dobrze o Stalinie, Bierucie, czy nawet Hitlerze, to czemu nie mamy mówić źle o Wojciechu Jaruzelskim? Śmierć nikogo nie wybiela, a czcze gadki o jej majestacie to często dobry sposób na uniknięcie niewygodnych tematów.

Choć kwestia interwencji radzieckiej pod koniec 1981 roku może i wciąż jest kwestią sporną, to i tak osobiście nie wierzę w spiskową teorię dziejów. Uważam, że manewry Soyuz`80 (prawdopodobnie związane z Afganistanem) miały być jedynie dobrym, psychozotwórczym straszakiem i usprawiedliwieniem późniejszej pacyfikacji Solidarności przez WRON. Wojna polsko(?)-polska o stołki.


Oczywiście, mogę nie mieć racji. Stan wojenny nie jest jednak jedyną rzeczą, którą Spawacz ma za uszami. Dość rzadko mówi się o jego przynależności do Informacji Wojskowej, zwalczaniu AK, czystkach antysemickich w wojsku, masakrze w 1970 roku, czy wydarzeniach w KWK „Wujek”. O załatwianiu degradacji dawnym stronnikom,  ślepym posłuszeństwie wobec Moskwy i zwykłym konkiunkturalizmie, który umożliwił niezwykle szybki awans Jaruzelskiego w LWP także wspomina się bardzo rzadko.

Nawet jeżeli „uratował kraj” (co osobiście uważam za absurd i jedno znajwiększych kłamstw PRL), to należy pamiętać o reszcie jego przewinień, zbrodni i wstydliwych faktów z jego życiorysu. Jaruzelski był zwyczajną kanalią i zbrodniarzem. Tym samym, nie mogę pojąć jak co po niektórzy politycy mogą dziś żądać stawiania tej postaci pomników.

 Bandytów jego pokroju powinno się rozliczać z przeszłości. Niestety, tak nie jest i tak już raczej nie będzie. Wieloletnie (i jak widać skuteczne) uciekanie tw. Wolskiego od rozpraw jedynie utwierdza mnie w przekonaniu, że w moim kraju istnieją ludzie nietykalni i równiejsi wobec prawa, a coś takiego jak niezależnie i niezawisłe sądownictwo zwyczajnie nie istnieje. Towarzyszowi generałowi najwyraźniej zabrakło żołnierskiej odwagi. Był tchórzem, a razem z nim umarła moja nadzieja na sprawiedliwość. To jedyna rzecz jaka mnie smuci w związku z jego śmiercią.

Nawet młody, urodzony w 1987 roku człowiek w postaci mojej osoby chciałby czuć się bezpiecznie we własnym kraju.


 Oczywiście, nie oznacza to, że wrzuciłbym starego towarzysza generała do więziennej celi. Wystarczyłby zwykły proces, który zakończyłby się słowami „winny” lub „niewinny”. Niezależnie od jego finału, samo postępowanie byłby już jakąś namiastką sprawiedliwości.

Obawiam się, że Kiszczak również się wywinie i tym samym ponownie ośmieszy całe sądownictwo III RP. Węgrowie bowiem potrafili wytoczyć proces Beli Biszku gdy ten miał 92 lata. Jak widać można.

Jaki z tego wniosek?

Polacy potrafią skazać za wart 99 groszy batonik, a w przypadku zbrodniarzy po cichu liczy się  na to, że sprawa rozwiąże się sama. Nie dziwi mnie więc to, że ludzie tacy jak Zygmunt Miernik rzucają w sędziów tortami.


czwartek, 23 stycznia 2014

Psychoza


Dezerter - zasady dynamiki tlumu
Dezerter - Zasady dynamiki tłumu

Manipulują nami wszędzie i na każdym kroku, nawet podczas niewinnych zakupów. Wielkie markety dysponują całą gamą sprytnych socjotechnik, dzięki którym zwiększają swój obrót.

Towar, który ma sprzedać się w pierwszej kolejności umieszczony jest zazwyczaj na poziomie naszych oczu, a celowy nieład na półce ma wywołać u nas przekonanie, że dany produkt jest rozchwytywany i my też musimy go mieć. To nieprawda, że sprzedawca nie ma czasu tego posprzątać.

Znajdujące się przy kasach słodycze mają z kolei osłodzić nam nutkę goryczy, jaka towarzyszy nam podczas stania w długiej kolejce. Swoją drogą, te bardzo często podsyca się w sposób sztuczny, by klient w oczekiwaniu na uruchomienie kolejnej kasy pokręcił się po sklepie i "przypomniał sobie" o rzeczach, które mogą być dla niego przydatne. W końcu drobny spacer między alejkami, jest o wiele ciekawszy niż gnicie w ogonku, prawda?

Oczywiście, jest jeszcze celowo dobrana, zachęcająca do robienia zakupów muzyka. Równie atrakcyjne dla naszych uszu są takie słowa jak "okazja", czy "promocja", choć bardzo często nie znajdują one pokrycia w rzeczywistości.

To tylko przykłady, bo w rzeczywistości chciałem napisać o czymś zupełnie innym. Czekając dziś na swoją kolej w "Społemie", dokonałem szybkiego przeglądu prasy, czego zazwyczaj nie robię. Tym razem zrobiłem wyjątek, ponieważ mój wzrok przykuła pierwsza strona dość słynnego tabloidu, na której umieszczono domniemaną podobiznę słynnego "Szatana z Piotrkowa". Nie byłoby w tym nic dziwnego, ponieważ sprawa jest ostatnio dość głośna. Zaintrygował mnie przede wszystkim wielki nagłówek, który najwyraźniej miał wywołać powszechne oburzenie faktem, iż „Polak będzie teraz utrzymywał bestię!!!”.

O ile mi wiadomo, pańśtwo utrzymywało Trynkiewicza podczas całego jego pobytu w więzieniu. Skąd ta nagła złość i niesmak? Przecież to jasne, że z naszych podatków żywi się nie tylko pijanych kierowców, alimenciarzy, oszustów, złodziei, lecz także gwałcicieli, pedofili i morderców. Utrzymanie skazanego to niemały wydatek dla państwa, ale takie niestety są realia i musimy się z tym pogodzić. Jedzenie, opieka medyczna skazanych, zabezpieczenia, pensje funkcjonariuszy SW, personelu więziennego... koszty funkcjonowania molocha jakim jest zakład karny, czy areszt śledczy... są niemałe.

Na stronie internetowej gazety wyczytamy z kolei: „POBIERZ, WYDRUKUJ I ROZWIEŚ SPECJALNY PLAKAT. XXX OSTRZEGA PRZED TRYNKIEWICZEM”. Oczywiście, rozumiem powszechną psychozę, choć nie do końca. Ilu pedofili i morderców wychodzi rocznie na wolność? Dlaczego nikt o tym nie wspomina?

Czyny tego człowieka zasługują na całkowite potępienie i nie ma w zasadzie niczego, co mogłoby je usprawiedliwić. Nawet fakt bycia psycho/socjopatą. Gdyby skrzywdził którąś z moich pociech (na szczęście ich nie posiadam), to jestem jestem całkowicie przekonany, że byłbym tym, który najgłośniej domagałby się wymierzenia mu kary śmierci. Częściowo rozumiem rodziny jego ofiar, bo to co zrobił „Szatan z Piotrkowa” jest zwyczajnie obrzydliwe i nie ma w tym przypadku mowy o jakimkolwiek zadośćuczyczynieniu, rekompensacie. To jasne.

Spokoju nie daje mi jednak co innego. Otóż widząc te wszystkie nagłówki gazet, czy słuchając wiadomości w radio, odnoszę dziwne wrażenie, że media próbują namawiać społeczeństwo do linczu. Nie da się ukryć, że wywoływanie powszechnej paniki i dolewanie przysłowiowej oliwy do ognia dość dziwną retoryką, może źle się skończyć. Media oczywiśćie pozostaną niewinne i zazwyczaj za takie uchodzą. W końcu nasza prawicowa/lewicowa/katolicka/anarchistyczna gazeta zawsze ma rację...i dlatego ją czytamy. Kłamią i oszukują nas inni. Wszyscy , tylko nie nasze źródło informacji.

„ Oko w oko z Trynkiewiczem. Policja radzi: Gdy spotkasz Trynkiewicza na ulicy ...”
(oryginalny tytuł artykułu, który nie został w jakikolwiek sposób skrócony)

Czuję , że próbuje mi się zaserwować  gotową odpowiedź. Przyznam się, że pierwsza rzecz, jaka przyszła mi do głowy to samosąd. Zabić by wyręczyć nieudolny wymiar sprawiedliwości i być uznanym za bohatera. Jakie to kuszące. Manipulacja zastawiła na mnie swoje sidła.

Oczywiśćie, to tylko brukowiec. Może nie tylko? Jest dość poczytny.




poniedziałek, 14 października 2013

Ty i Solidarność


Za sprawą ostatniego filmu Andrzeja Wajdy, jednym z obecnych tematów dyżurnych jest postać Lecha Wałęsy. Niestety, oglądanie jego wizerunku na każdym kroku zaczyna już być mocno irytujące, bo dodatkowej pikarnetii dodaje wszystkiemu jego dość kontrowersyjna osobowość.

Może i dla wielu jest to żywa legenda oraz swoista ikona Solidarności, ale w moim odczuciu były prezydent jakiś czas temu zdeptał cały swój dorobek namawiając do zomowskiego pałowania strajkujących podczas Euro 2012. Kolejną wtopą osoby, która (jak sama twierdzi) wywalczyła u nas demokrację była wypowiedź o wywaleniu przedstawicieli niektórych środowisk za mur parlamentu. Może i sam nie popieram takich mniejszości, ale gdy ktoś uważa się za obrońcę i piewcę politycznego pluralizmu, to wypowiedź tego pokroju brzmi z jego strony co najmniej dziwnie.

Rozbierz Się - TY I SOLIDARNOSC
Rozbiesz się - Ty i Solidarność

Darzę „Solidarność” ogromnym szacunkiem i pokuszę się o stwierdzenie, że Wałęsa strasznie jej zaszkodził brakiem tak podstawowej umiejętności jak gryzienie się w język gdy trzeba. Gdy na całym świecie jest sę uważanym za synomim pewnej organizacji, to jednak trzeba dbać o swój wizerunek. W ten właśnie sposób ostatecznie odciął się od dawnego środowiska.

Zresztą... Czy miał się od kogo odcinać? Zawsze gdy słucham wypowiedzi Pana Wałęsy, to mam dziwne wrażenie, że w jego skromnym mniemaniu, Solidarność liczyła aż 1 osobę. Przykładem niech będzie wieczne powtarzanie przez niego zwrotów takich jak : „JA strajkowałem, JA walczyłem, JA obaliłem komunę”. Mantra. W kółko: ja, ja, ja. Gdzie reszta związkowców? Zarówno tych szeregowych, jak i tych pokroju Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz czy Bogdana Borusewicza?

I dlaczego nie ma dla nich miejsca w etosie Wałęsy?

Odpowiedzią na powyższe pytanie jest chyba woda sodowa, która uderzyła niektórym do głowy. Nie wiem czy to zwykła wyniosłość wynikająca z dumy, czy jest to już pewna megalomania i narcyzm, który przjeawia się m.in. w wielkim oburzeniu, że nie rozwinięto dla niego czerwonego dywanu na lotnisku w Londynie.

A może czerwony dywan źle się kojarzy?

Może, choć niekoniecznie. Wspólne obiady z dawnymi wrogami pokroju Spawacza to przecież nic takiego. Przecież to inne czasy, inna Polska.

Inny Wałęsa?

Nie mogę już tego wszystkiego czytać, słuchać i oglądać. Bardzo cenię sobie filmy Wajdy, lecz jednak odpuszczę sobie jego najnowszą produkcję.

niedziela, 9 czerwca 2013

C2H5OH


Poniedziałek, 10 rano. Zaczęło się od zwykłej, krótkiej ekspedycji po środki czystości. Wszystko jest kotem gdy posiada się kota. Raz na jakiś czas wypada więc porządnie wszystko odkocić, łącznie z dywanami i dzielonym ze zwierzakiem łóżkiem.

Po drodze mijam kościół. Stoi pod nim kobieta, która mimo wczesnej pory ledwo trzyma się na nogach. Ma około 35-40 lat, choć wygląda na 60. W zależności od wieku przechodniów, prosi ich o pieniądze na różne rzeczy. Starszych i tych (na pierwszy rzut oka) bardziej zdystansowanych błaga o pieniądze na chleb, młodszych i wyluzowanych o drobne na kolejne piwo.

Udawałem, że jej nie widzę, choć siłą rzeczy postanowiłem się jej przyjrzeć. Kiedyś musiała być naprawdę piękną kobietą, teraz zaczyna przypominać wrak człowieka wyniszczonego gorzałą. Być może także stresem, chorobami i ciężką pracą, ale skutki nadmiernego picia najbardziej rzucają się w oczy. Alkohol zmienia specyficznie twarz i cerę.

Smutny, choć częsty widok w mojej okolicy. Rekordziści potrafią leżeć pijani już o 8 czy 9 rano. Pijaństwo jest tu na porządku dziennym i nie robi na nikim żadnego wrażenia. Ławkowe ekipy to stały element krajobrazu, choć w przypadku pijanej kobiety sprawa ma się nieco inaczej. Zawsze i wszędzie.

Tak się już utarło, że widok naprutego faceta jest czymś zupełnie normalnym, nawet gdy ma na sobie drogi garnitur i teczkę pod pachą. Widok zataczającej się kobiety wciąż szokuje. Dlaczego? Bo kobiecie nie wypada, nawet od święta? A może dlatego, że to rzadszy widok? Dobre pytanie. Konia z rzędem temu, kto potrafi na nie odpowiedzieć, chociaż najwięcej do powiedzenia mają tu chyba normy kulturowe. W końcu sam nie lubię dziewczyn, które dużo piją.

Sam pijam coraz mniej. Z reguły 2-3 piwa w miesiącu. Chyba, że trafi się plener lub wernisaż.

Godzina 11, wracam do domu z zakupami. Służby mundurowe zbierają antybohaterkę powyższej opowiastki z chodnika.


Parafraza - Alkohol
Parafraza - Alkohol

sobota, 1 czerwca 2013

Uśmiechnij się!


Do napisania poniższego tekstu zainspirował mnie...plebiscyt. W Poznaniu niebawem zostanie oddane do użytku nowe rondo. Można zgłaszać za pośrednictwem internetu oraz prasy własne propozycje nazwy dla tego obiektu.

Analizując poszczególne pomysły, zacząłem zastanawiać się nad tym wszystkim w szerszym kontekście. Wszystko dookoła wydaje się strasznie poważne, pełne patosu, a w niektórych przypadkach jest wręcz drętwe i nijakie. Poważne nazwy ulic, skwerów czy osiedli przypominają nam najbardziej dramatyczne wydarzenia z naszej historii , choć wielkim nietaktem/głupotą byłoby odebranie tym wszystkim patronom ich niewątpliwych zasług. To inna sprawa.

Wszystko jest po prostu zbyt poważne, nawet święta państwowe. Z reguły są strasznie smutne. Może i wynika to po części ze wspomnianej wcześniej burzliwej i pełnej krwi historii Polski, ale czy nie można od czasu do czasu poświętować w sposób radosny? Na przykład 11 listopada. Można się przecież tym cieszyć. Odzyskanie niepodległości powinno być wielkim powodem do radości. Trzeba jednak chcieć i potrafić.

No właśnie. Czy potrafimy?

Wiele mówi się o tym, że jako Polacy dużo narzekamy, bierzemy wszystko do siebie, nie mamy dystansu do rzeczywistości. Ponadto, lubimy mieszać samych siebie z błotem, choć gdy zrobi to ktoś z zewnątrz (np. Niemiec) – błyskawicznie pojawia się istny zryw narodowy. Polaka krytykować może tylko Polak.

Z pewnością tego typu nastawienie (może i wyolbrzymione) nie sprzyja cieszeniu się drobiazgami dnia codziennego, przynajmniej u stereotypowego Kowalskiego. Na dodatek wmawia mu się, że wszystko jest nie tak. Nawet gdy jest dobrze to tak naprawdę jest źle, bo przecież może być lepiej. Barejowska logika, wieczne niezadowolenie, toksyczna atmosfera.

Każdy powód do zepsucia sobie/komuś humoru jest przecież dobry: podatki, Tusk, bezrobocie, Smoleńsk czy słaba forma piłkarskiej reprezentacji. To dyżurne tematy  wpędzające wszystkich w depresję, choć nawet zasrany trawnik może być doskonałytm pretekstem do chodzenia przez resztę dnia w wisielczym nastroju. Z jednej strony nie można być obojętnym w pewnych kwestiach, lecz z drugiej... nie można wiecznie chodzić z klapkami pesymisty na oczach, bo trudno wtedy widzieć jakiekolwiek pozytywy.

Nadmiar pesymizmu, powagi i wiecznego psucia sobie krwi doprowadził do tego, że  widząc uśmiechniętego człowieka  na ulicy nie darzymy go sympatią i zaufaniem. Uśmiechanie się jest czymś niecodziennym, często wręcz podejrzanym. Absurd? Absurd.


Postanowiłem nie ograniczać się do narzekania na blogu. Wysłałem propozycję rondowego patrona do gazety. Moim typem był...Stanisław Bareja. Człowiek, który swoją twórczością „nadgryzał” poprzedni ustrój obnażając jego wady za pomocą karykatury. Pokazywał PRL w krzywym zwierciadle. Był znakomitym obserwatorem. Uczył też pewnych, fajnych postaw. Dystansu do siebie. Ludzie potrafili śmiać się z uchwyconych na filmie absurdów życia codziennego, dość zresztą ciężkiego i szarego w epoce socjalizmu.



Myślę, że to co robił było ważne, stanowiło w pewnym sensie pracę u podstaw. Za pomocą komediowego katharsis pokazywał, że nie zawsze trzeba reagować na prozę życia śmiertelną powagą. Można cieszyć się życiem nawet gdy jest ciężko i nieciekawie. W ten sposób funkcjonował również Zenon Laskowik z kabaretem Tey.

Z uśmiechem na twarzy żyje się lepiej.

Brakuje dziś takich ludzi, kabaretów czy filmów. Mam wrażenie, że dzisiejsi komicy nie potrafią już robić satyry, która miałaby czemuś służyć. Potrafią za to szydzić i szkalować, czego najlepszym przykładem są postacie Szymona Majewskiego oraz Jakuba Wojewódzkiego. Robią karierę na skandalach nie po to by coś poprawić, zmienić. Robią karierę dla sławy i pieniędzy.

Granica między satyrą a szyderstwem jest coraz mniej wyraźna, ale nie ma co narzekać. Jest jak jest. Pozostaje (naiwnie) wierzyć, że w Poznaniu pojawi się Rondo im. Stanisława Barei, które będzie nam przypominać, że potrafimy cieszyć się i śmiać (nawet z samych siebie) w święta i nie od święta.

To byłaby jazda.


Beer Goggles  - Uśmiechnij się
Beer Googles - Uśmiechnij się!

wtorek, 28 maja 2013

Akcja-reakcja


Spacery po mieście w poszukiwaniu konkursowych kadrów zwróciły ostatnio moją uwagę na społeczne nastroje. Ich wyrazem są poniekąd hasła znajdujące się na murach. Nie ma tygodnia, w którym na ścianie nie pojawiłby się jakiś ONR czy „łajt pałer”. Slogany typu „PO=NKWD” są już od dłuższego czasu na porządku dziennym i należą jeszcze do umiarkowanych, stonowanych i kulturalnych.

Mam wrażenie, że nastroje coraz bardziej się radykalizują, są odpowiedzią na bieżące wydarzenia i rzeczwistość społeczno-polityczną. Nie jest dobrze. Tym, którym z dnia na dzień wiedzie się coraz gorzej zaczyna towarzyszyć chyba jakaś desperacja, zagubienie. W całym tym szumie nie wiadomo już co jest prawdą, jakie mogą być sposoby na rozwiązanie tych problemów. Sam coraz częściej nie wiem co jest 5. Skrajne hasełka i nurty stają się atrakcyjne, trafiają na podatny grunt. Tego typu ideologie dostarczają gotowych rozwiązań, tłumaczą cały ten stan rzeczy, wskazują domniemanych winnych.




Po biernych hasłach pojawiają się czynne demonstracje. Na ulicach Wielkopolski coraz wyraźniej swoją fizyczną obecność zaznaczają Autonomiczni Nacjonaliści. Wraz z nimi, jako przejaw społecznej reakcji pojawia się tzw. Antifa.

Nigdy do końca nie rozumiałem ich stanowiska. Może i jest to jakaś przeciwwaga dla skrajnie prawicowych idei. Na dobrą sprawę ta organizacja działa jednak na bardzo podobnych zasadach. Otóż logicznie rzecz biorąc, odmawianie nacjonalistom prawa do wolności słowa za pomocą fizycznej walki pod sztandardem „tolerancji i antyfaszyzmu” jest co najmniej przejawem hipokryzji czy schizofrenii.

Chyba nie tylko ja to widzę. Dość ciekawej wypowiedzi  na ich temat posłuchać można tutaj

Skrajne tendencje zaczynają ujawniać się także wśród lewicy. Zauważyłem dziś, że parę miesięcy temu zreaktywowała się krakowska formacja Sztorm 68. „68” w nazwie jest oczywiście nawiązaniem do wychwalanych przez nich wydarzeń marca 1968 roku, a sam zespół od kilkunastu lat bardzo mocno czerpie z moczaryzmu. 

(Trudno uwierzyć w coś równie nieprawdopodobnego, więc postanowiłem to zamieścić)

Utwór musiał zostać nagrany w jakimś bardziej fachowym miejscu.  Pomijając wokal, instrumenty brzmią za czysto jak na chałupniczo-amatorskie warunki. Zapowiadający się album może być całkiem profesjonalny (takie odnoszę wrażenie), a takowych raczej nie nie robi się bez zamiaru późniejszej ich sprzedaży. Możliwe, że jest popyt na taką muzykę, choć wśród znajomych nie spotkałem się z nikim, kto słuchałby tej kapeli. Nie dziwię się. Podziękowania za wprowadzenie stanu wojennego czy gloryfikacja postaci Saddama Husajna to dość specyficzne, przekazywane przez nich treści.

Na prawym krańcu sceny rockowej także sporo się dzieje. Zreaktywował się chociażby Obłęd wydając album "Powrót na front",  pojawiło się również kilka nowych zespołów. Lepszych (muzycznie) i gorszych, chociaż niezależnie od umiejętności muzycznych, wszystkie spotykają się ze sporym zainteresowaniem/aprobatą .

  Oprócz prawicy i lewicy, masy przekupywane są także przez polityczne chorągiewki wywęwszające poparcie np. u zwolenników legalizacji marihuany. W ich przypadku ma się do czynienia ze zwykłym biciem piany i skandalizowaniem z którego nic tak naprawdę nie wynika. To chyba Ci mniej groźni wariaci, choć swoją tanią szarpaniną często dolewają oliwy  do  ognia.

Obiektywnie rzecz biorąc, trzeba przyznać tym środowiskom jedno. Przedstawiciele tych grup z pewością nie siedzą na przysłiowych 4 literach. Dążą do zmian w sposób czynny. Nie sposób cokolwiek zmienić poprzez samo narzekanie, lecz z drugiej strony wszelkiej maści ekstremizmy bywają szkodliwe. Wychodzę z założenia, że skłóconym narodem o wiele łatwiej rządzić.

Osobnym tematem są też kibice, którzy dali się upolitycznić tak samo jak angielscy skineadzi. Pierwotnie neutralne łyse głowy zostały  zapełnione na przełomie lat 70/80 wyborczymi sloganami National Front. Wystarczyło, że partia dostrzegła w nich dobrych "żołnierzy"  do realizacji swoich  celów i pociągnęła za odpowiednie sznurki. Może kiedyś rozwinę ten temat.

Bierna nie pozostaje też policja. Mam wrażenie, że działają coraz skrupulatniej i brutalniej. Nie szczędzą gazów i pałek. Tego typu rozwiązywanie spraw przypomina mi Milicję Obywatelską, której zadaniem było trzymanie społeczeństwa w ryzach poprzez represje i zastraszanie. Co gorsza, jest na to ciche przyzwolenie, nawet wśród osób wpływowych i znanych. Żywy symbol Solidarności w zeszłym roku publicznie nawoływał  do pałowania strajkujących. W tym momencie przekreśliłł ostatecznie cały swój dorobek. Mówiąc potocznie: Wałęsa zwyczajnie się skończył. Ostatecznie, bezapelacyjnie i do samego końca.Wszystko gnije?




Przypomina mi się stare hasło „reklamujące” antykoncepcję: I Ty możesz urodzić drugiego Albina Siwaka.

Uzupełniłbym je jeszcze o postacie Moczara, Urbana, Tejkowskiego, Palikota, Korwin-Mikke i Pankowskiego. Obawiam się jednak, że mógłbym jeszcze długo wymieniać.

piątek, 3 maja 2013

Wegefaszyści


Facebook wbrew pozorom potrafi dostarczyć wielu ciekawych inspiracji. Tak się składa, że wielu moich internetowych znajomych należy do (jakże zacnego) grona praktykujących wegetarian/wegan.

Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie publikowane przez niektórych z nich treści, które umieszczane są właściwie o każdej porze dnia i nocy. Ich autorami są „wegetarianie wojujący”, czyli ludzie zafiksowani na swych poglądach jeszcze bardziej niż „wojujące feministki”.

Czego można się od nich dowiedzieć?

Przede wszystkim, mięsożercy są w ich oczach podludźmi. To oczywiste. Wegetarianie czy weganie są w swoim skromnym mniemaniu kimś lepszym, znajdującym się na wyższym poziomie świadomości oraz moralności. Są uosobieniem dobra, sprawiedliwości i miłości. Bronią przecież najsłabszych. Zwierząt.

Tak przynajmniej twierdzą Serafinowie spod warzywniaka.

Ja nie jestem tego taki pewien. Jedna ze znajomych umieściła kiedyś na profilu zdjęcie byka miotającego zakrwawionym torreadorem podczas corridy. Komentarzy typu „dobrze mu tak”, „należało się chujowi”, czy „szkoda że go nie zabił” było chyba kilkadziesiąt. To jeszcze subtelne przykłady, bo był chyba nawet taki o wypruwaniu flaków. Nawiedzeni weganie zachwycali się rozlewem krwi, rozkoszowali się zemstą zwierzęcia, a niektórzy nawet marzyli o tym (sic!), by wcielić się w jego rolę. Jakimś dziwnym trafem, wirtualny album w którym znajoma zbierała podobne obrazki zwał się „Ciągle tyle krwi... :(„

Wylali hektolitry jadu na znienawidzonego człowieka...a po wyłączeniu komputera z całą pewnością poszli mówić o miłości czy szacunku do wszystkiego co żyje gdzie indziej. Tak, spożywam mięso, ale nawet we mnie nie ma tyle nienawiści.

Wegetarianie mają się za osoby wybitnie świadome, otwarte i tolerancyjne.

Ale czy to nie właśnie w ich towarzystwie tak ciężko nieraz zjeść w spokoju posiłek? Będąc wieloletnim wolontariuszem pewnego schroniska dla zwierząt, wielokrotnie słuchałem złośliwego gderania podczas prób otworzenia zwykłej konserwy. Za każdym razem próbowano odebrać mi apetyt różnymi pytaniami i naciąganymi tezami z „niezależnych źródeł”. Tak się składa, że nie wierzę nawet w teorię lipidową i żywię się po swojemu.

Przyciśniety do muru, musiałem posługiwać się „łaciną” by mieć spokój. Tolerancja? Nazwałbym ją raczej „upierdliwością gorszą niż u świadków Jehowy”. Ci także próbują wciskać swój kit przy każdej możliwej okazji.

Obsesyjne kwestie „wegetariańskich naczyń i sztućców” akurat pominę, bo zawsze na taki wyjazd brałem swoje. Niektórzy są bowiem zdania, że „trucizna” z mięsa jest w stanie wgryźć się nawet w stal nierdzewną, a nóż użyty chociażby raz do pokrojenia kawałka kiełbasy jest skażony na cale tysiąclecia. Ciekawe co na to licznik Geigera?

Zdarzało się również, że po takim posiłku co po niektórzy nie chcieli się do mnie odzywać, czy spać ze mną w jednym pomieszczeniu. Cóż. Byłem grzesznikiem i złamałem jedną z najświętszych reguł w religii, którą próbowali mi narzucić. Podejście podobne jak u Muzułmanów, którzy mają problem ze zrozumieniem tego, że gdzie indziej ich prawo może nie obowiązywać.

Kończąc pisanie powyższych wypocin, postanowiłem jeszcze raz zajrzeć na Facebooka. Jedna ze znajomych w ciągu 15 minut umieściła 27 grafomańskch, pro-wegańskich wierszy. Z całego tego bełkotu można wyczytać, że z całą pewnością Pani Koleżanka nienawidzi ludzi. Wszystkich, łącznie ze sobą. Nie wiem jakim cudem nie wyskoczyła jeszcze z okna, skoro jest takim potworem: przedstawicielem homo sapiens.

A może jej to nie dotyczy? Może patrząc w lustro widzi kogoś lokującego się o szczebel wyżej na drabinie ewolucji? Homo vegans. Z pewnością byłaby to fajna wymówka, swoiste rozgrzeszenie, katharsis. Byle uspokoić własne sumienie. Bo nie je mięsa i jest kimś lepszym, a cała reszta to motłoch...do odstrzału.

Obserwowanie radykalnych zwolenników wegetarianizmu/weganizmu jest ciekawym doświadczeniem socjologiczno-psycholoczinycm.

WHO miało rację z uznaniem takich zachowań za chorobę psychiczną. Według mnie, taki (podkreślam) wojujący wegetarianzim/weganizm ma w sobie bardzo wiele z zaburzeń o charakterze obsesyjnym.


Jedni widzą całe zło świata w Żydach, inni w faszystowskich kapitalistach z grubym cygarem w ustach, a jeszcze inni...w mięsożercach. Takie życie.

A mnie drażnią skrajności. Religijne, ideowe, polityczne..czy dietetyzczne.



niedziela, 28 kwietnia 2013

Polski punk - 30 lat minęło


Od jakiegoś czasu porównuję przeszłość z teraźniejszością. Spotkałem się z dość ciekawym stwierdzeniem, że polski punk lat 80-tych był słaby. Żałuję, że nie było możliwości pociągnięcia tej rozmowy dalej, ponieważ mam na ten temat całkowicie odmienne zdanie.

Może i nie zachwycał nikogo hałas wydobywany ze strasznie kiepskich Defili, a z krążących w trzecim obiegu kaset ciężko było cokolwiek wychwycić. Chyba nie o to w tym wszystkim chodziło. Przygnębiające teksty często niosły w sobie wszystko to, co stanowiło sól w oku całego ówczesnego społeczeństwa oraz czuwającej nad nim władzy. W brutalny sposób obnażały ciemniejszą stronę rzeczywistości bezczelnie pokazując, że jednak nie wszystko jest takie piękne w „ustroju wiecznej szczęśliwości”.

Może i było sporo w tym wszystkim naiwności, a garażowym szarpidrutom zwyczajnie wydawało się, że z końćem komuny Polska stanie się drugim rajem na ziemi? Może i wiara w możliwość naprawienia świata poprzez kopanie leżącego już ustroju za pomocą wykrzykiwania oczywistych prawd była faktytcznie infantylna?

Komuna padła, a samo zjawisko straciło na sile. Szybko okazało się, że w nowej rzeczywistości można nieźle zarobić na graniu. Wystarczy spojrzeć na silvertonowskie punkopolo z początku lat 90-tych i moim zdaniem, jest z tym coraz gorzej.

Sami pankowcy też są jacyś tacy inni. O wiele lepiej dogaduję się ze „starymi załogantami” . Ze „zgredami” można porozmawiać o wszystkim. Nikt nie licytuje się kto ma bardziej oryginalną koszulkę, gdzie w internecie można kupić najbardziej odjechane glany, które piwo wypada pić oraz kto jest bardziej „prawdziwy i kumaty.” 

Rzygam już tym. m.in dlatego nie chodzę już na koncerty.



Mało jest dziś kapel ambitnych, próbujących przekazać coś więcej, uczących krytycznego myślenia. Dominują teksty o weekendowym kacu, piłce nożnej, pięknych panienkach, glanach itp. Najważniejsze by wszystko było (zbyt) proste, utwór wpadał w ucho i można było się przy nim ostro nawalić. Sztuka dla sztuki, przerost formy nad treścią.

Coraz częściej mam wrażenie, że o wiele fajniejszy pod względem treści jest chociażby dzisiejszy rap i hip-hop.

Może właśnie o to chodziło na samym początku tego zjawiska, w Anglii końca lat 70-tych? U nas punk rock pojawił się jednak w zupełnie innym, historyczno-społecznym kontekście. Dziś też jest inaczej. To nie czasy rządów M.Thatcher, która próbowała wyciągnąć wówczas kraj z kryzysu, choć nie da się ukryć: kryzys jest. Innej natury i na innym gruncie społecznym, ale istnieje.

Tak jak punk. Działa w zupelnie innym wydaniu, jest krzywym zwierciadłem zupełnie innej rzeczywistości.

Choć mam prawie 26 lat, przemawia do mnie punkrock lat 80-tych. W odróżnieniu od popowej sieczki, punkowe teksty przynajmniej były o CZYMŚ...a  wiele z nich jest aktualnych do dziś.


Gdy będę miał ochotę na coś niedołującego i  spokojnego, to włączę sobie jakieś Kombi na pierwszym programie polskiego radia.