piątek, 3 maja 2013

Wegefaszyści


Facebook wbrew pozorom potrafi dostarczyć wielu ciekawych inspiracji. Tak się składa, że wielu moich internetowych znajomych należy do (jakże zacnego) grona praktykujących wegetarian/wegan.

Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie publikowane przez niektórych z nich treści, które umieszczane są właściwie o każdej porze dnia i nocy. Ich autorami są „wegetarianie wojujący”, czyli ludzie zafiksowani na swych poglądach jeszcze bardziej niż „wojujące feministki”.

Czego można się od nich dowiedzieć?

Przede wszystkim, mięsożercy są w ich oczach podludźmi. To oczywiste. Wegetarianie czy weganie są w swoim skromnym mniemaniu kimś lepszym, znajdującym się na wyższym poziomie świadomości oraz moralności. Są uosobieniem dobra, sprawiedliwości i miłości. Bronią przecież najsłabszych. Zwierząt.

Tak przynajmniej twierdzą Serafinowie spod warzywniaka.

Ja nie jestem tego taki pewien. Jedna ze znajomych umieściła kiedyś na profilu zdjęcie byka miotającego zakrwawionym torreadorem podczas corridy. Komentarzy typu „dobrze mu tak”, „należało się chujowi”, czy „szkoda że go nie zabił” było chyba kilkadziesiąt. To jeszcze subtelne przykłady, bo był chyba nawet taki o wypruwaniu flaków. Nawiedzeni weganie zachwycali się rozlewem krwi, rozkoszowali się zemstą zwierzęcia, a niektórzy nawet marzyli o tym (sic!), by wcielić się w jego rolę. Jakimś dziwnym trafem, wirtualny album w którym znajoma zbierała podobne obrazki zwał się „Ciągle tyle krwi... :(„

Wylali hektolitry jadu na znienawidzonego człowieka...a po wyłączeniu komputera z całą pewnością poszli mówić o miłości czy szacunku do wszystkiego co żyje gdzie indziej. Tak, spożywam mięso, ale nawet we mnie nie ma tyle nienawiści.

Wegetarianie mają się za osoby wybitnie świadome, otwarte i tolerancyjne.

Ale czy to nie właśnie w ich towarzystwie tak ciężko nieraz zjeść w spokoju posiłek? Będąc wieloletnim wolontariuszem pewnego schroniska dla zwierząt, wielokrotnie słuchałem złośliwego gderania podczas prób otworzenia zwykłej konserwy. Za każdym razem próbowano odebrać mi apetyt różnymi pytaniami i naciąganymi tezami z „niezależnych źródeł”. Tak się składa, że nie wierzę nawet w teorię lipidową i żywię się po swojemu.

Przyciśniety do muru, musiałem posługiwać się „łaciną” by mieć spokój. Tolerancja? Nazwałbym ją raczej „upierdliwością gorszą niż u świadków Jehowy”. Ci także próbują wciskać swój kit przy każdej możliwej okazji.

Obsesyjne kwestie „wegetariańskich naczyń i sztućców” akurat pominę, bo zawsze na taki wyjazd brałem swoje. Niektórzy są bowiem zdania, że „trucizna” z mięsa jest w stanie wgryźć się nawet w stal nierdzewną, a nóż użyty chociażby raz do pokrojenia kawałka kiełbasy jest skażony na cale tysiąclecia. Ciekawe co na to licznik Geigera?

Zdarzało się również, że po takim posiłku co po niektórzy nie chcieli się do mnie odzywać, czy spać ze mną w jednym pomieszczeniu. Cóż. Byłem grzesznikiem i złamałem jedną z najświętszych reguł w religii, którą próbowali mi narzucić. Podejście podobne jak u Muzułmanów, którzy mają problem ze zrozumieniem tego, że gdzie indziej ich prawo może nie obowiązywać.

Kończąc pisanie powyższych wypocin, postanowiłem jeszcze raz zajrzeć na Facebooka. Jedna ze znajomych w ciągu 15 minut umieściła 27 grafomańskch, pro-wegańskich wierszy. Z całego tego bełkotu można wyczytać, że z całą pewnością Pani Koleżanka nienawidzi ludzi. Wszystkich, łącznie ze sobą. Nie wiem jakim cudem nie wyskoczyła jeszcze z okna, skoro jest takim potworem: przedstawicielem homo sapiens.

A może jej to nie dotyczy? Może patrząc w lustro widzi kogoś lokującego się o szczebel wyżej na drabinie ewolucji? Homo vegans. Z pewnością byłaby to fajna wymówka, swoiste rozgrzeszenie, katharsis. Byle uspokoić własne sumienie. Bo nie je mięsa i jest kimś lepszym, a cała reszta to motłoch...do odstrzału.

Obserwowanie radykalnych zwolenników wegetarianizmu/weganizmu jest ciekawym doświadczeniem socjologiczno-psycholoczinycm.

WHO miało rację z uznaniem takich zachowań za chorobę psychiczną. Według mnie, taki (podkreślam) wojujący wegetarianzim/weganizm ma w sobie bardzo wiele z zaburzeń o charakterze obsesyjnym.


Jedni widzą całe zło świata w Żydach, inni w faszystowskich kapitalistach z grubym cygarem w ustach, a jeszcze inni...w mięsożercach. Takie życie.

A mnie drażnią skrajności. Religijne, ideowe, polityczne..czy dietetyzczne.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz