poniedziałek, 14 października 2013

Ty i Solidarność


Za sprawą ostatniego filmu Andrzeja Wajdy, jednym z obecnych tematów dyżurnych jest postać Lecha Wałęsy. Niestety, oglądanie jego wizerunku na każdym kroku zaczyna już być mocno irytujące, bo dodatkowej pikarnetii dodaje wszystkiemu jego dość kontrowersyjna osobowość.

Może i dla wielu jest to żywa legenda oraz swoista ikona Solidarności, ale w moim odczuciu były prezydent jakiś czas temu zdeptał cały swój dorobek namawiając do zomowskiego pałowania strajkujących podczas Euro 2012. Kolejną wtopą osoby, która (jak sama twierdzi) wywalczyła u nas demokrację była wypowiedź o wywaleniu przedstawicieli niektórych środowisk za mur parlamentu. Może i sam nie popieram takich mniejszości, ale gdy ktoś uważa się za obrońcę i piewcę politycznego pluralizmu, to wypowiedź tego pokroju brzmi z jego strony co najmniej dziwnie.

Rozbierz Się - TY I SOLIDARNOSC
Rozbiesz się - Ty i Solidarność

Darzę „Solidarność” ogromnym szacunkiem i pokuszę się o stwierdzenie, że Wałęsa strasznie jej zaszkodził brakiem tak podstawowej umiejętności jak gryzienie się w język gdy trzeba. Gdy na całym świecie jest sę uważanym za synomim pewnej organizacji, to jednak trzeba dbać o swój wizerunek. W ten właśnie sposób ostatecznie odciął się od dawnego środowiska.

Zresztą... Czy miał się od kogo odcinać? Zawsze gdy słucham wypowiedzi Pana Wałęsy, to mam dziwne wrażenie, że w jego skromnym mniemaniu, Solidarność liczyła aż 1 osobę. Przykładem niech będzie wieczne powtarzanie przez niego zwrotów takich jak : „JA strajkowałem, JA walczyłem, JA obaliłem komunę”. Mantra. W kółko: ja, ja, ja. Gdzie reszta związkowców? Zarówno tych szeregowych, jak i tych pokroju Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz czy Bogdana Borusewicza?

I dlaczego nie ma dla nich miejsca w etosie Wałęsy?

Odpowiedzią na powyższe pytanie jest chyba woda sodowa, która uderzyła niektórym do głowy. Nie wiem czy to zwykła wyniosłość wynikająca z dumy, czy jest to już pewna megalomania i narcyzm, który przjeawia się m.in. w wielkim oburzeniu, że nie rozwinięto dla niego czerwonego dywanu na lotnisku w Londynie.

A może czerwony dywan źle się kojarzy?

Może, choć niekoniecznie. Wspólne obiady z dawnymi wrogami pokroju Spawacza to przecież nic takiego. Przecież to inne czasy, inna Polska.

Inny Wałęsa?

Nie mogę już tego wszystkiego czytać, słuchać i oglądać. Bardzo cenię sobie filmy Wajdy, lecz jednak odpuszczę sobie jego najnowszą produkcję.

niedziela, 9 czerwca 2013

C2H5OH


Poniedziałek, 10 rano. Zaczęło się od zwykłej, krótkiej ekspedycji po środki czystości. Wszystko jest kotem gdy posiada się kota. Raz na jakiś czas wypada więc porządnie wszystko odkocić, łącznie z dywanami i dzielonym ze zwierzakiem łóżkiem.

Po drodze mijam kościół. Stoi pod nim kobieta, która mimo wczesnej pory ledwo trzyma się na nogach. Ma około 35-40 lat, choć wygląda na 60. W zależności od wieku przechodniów, prosi ich o pieniądze na różne rzeczy. Starszych i tych (na pierwszy rzut oka) bardziej zdystansowanych błaga o pieniądze na chleb, młodszych i wyluzowanych o drobne na kolejne piwo.

Udawałem, że jej nie widzę, choć siłą rzeczy postanowiłem się jej przyjrzeć. Kiedyś musiała być naprawdę piękną kobietą, teraz zaczyna przypominać wrak człowieka wyniszczonego gorzałą. Być może także stresem, chorobami i ciężką pracą, ale skutki nadmiernego picia najbardziej rzucają się w oczy. Alkohol zmienia specyficznie twarz i cerę.

Smutny, choć częsty widok w mojej okolicy. Rekordziści potrafią leżeć pijani już o 8 czy 9 rano. Pijaństwo jest tu na porządku dziennym i nie robi na nikim żadnego wrażenia. Ławkowe ekipy to stały element krajobrazu, choć w przypadku pijanej kobiety sprawa ma się nieco inaczej. Zawsze i wszędzie.

Tak się już utarło, że widok naprutego faceta jest czymś zupełnie normalnym, nawet gdy ma na sobie drogi garnitur i teczkę pod pachą. Widok zataczającej się kobiety wciąż szokuje. Dlaczego? Bo kobiecie nie wypada, nawet od święta? A może dlatego, że to rzadszy widok? Dobre pytanie. Konia z rzędem temu, kto potrafi na nie odpowiedzieć, chociaż najwięcej do powiedzenia mają tu chyba normy kulturowe. W końcu sam nie lubię dziewczyn, które dużo piją.

Sam pijam coraz mniej. Z reguły 2-3 piwa w miesiącu. Chyba, że trafi się plener lub wernisaż.

Godzina 11, wracam do domu z zakupami. Służby mundurowe zbierają antybohaterkę powyższej opowiastki z chodnika.


Parafraza - Alkohol
Parafraza - Alkohol

sobota, 1 czerwca 2013

Uśmiechnij się!


Do napisania poniższego tekstu zainspirował mnie...plebiscyt. W Poznaniu niebawem zostanie oddane do użytku nowe rondo. Można zgłaszać za pośrednictwem internetu oraz prasy własne propozycje nazwy dla tego obiektu.

Analizując poszczególne pomysły, zacząłem zastanawiać się nad tym wszystkim w szerszym kontekście. Wszystko dookoła wydaje się strasznie poważne, pełne patosu, a w niektórych przypadkach jest wręcz drętwe i nijakie. Poważne nazwy ulic, skwerów czy osiedli przypominają nam najbardziej dramatyczne wydarzenia z naszej historii , choć wielkim nietaktem/głupotą byłoby odebranie tym wszystkim patronom ich niewątpliwych zasług. To inna sprawa.

Wszystko jest po prostu zbyt poważne, nawet święta państwowe. Z reguły są strasznie smutne. Może i wynika to po części ze wspomnianej wcześniej burzliwej i pełnej krwi historii Polski, ale czy nie można od czasu do czasu poświętować w sposób radosny? Na przykład 11 listopada. Można się przecież tym cieszyć. Odzyskanie niepodległości powinno być wielkim powodem do radości. Trzeba jednak chcieć i potrafić.

No właśnie. Czy potrafimy?

Wiele mówi się o tym, że jako Polacy dużo narzekamy, bierzemy wszystko do siebie, nie mamy dystansu do rzeczywistości. Ponadto, lubimy mieszać samych siebie z błotem, choć gdy zrobi to ktoś z zewnątrz (np. Niemiec) – błyskawicznie pojawia się istny zryw narodowy. Polaka krytykować może tylko Polak.

Z pewnością tego typu nastawienie (może i wyolbrzymione) nie sprzyja cieszeniu się drobiazgami dnia codziennego, przynajmniej u stereotypowego Kowalskiego. Na dodatek wmawia mu się, że wszystko jest nie tak. Nawet gdy jest dobrze to tak naprawdę jest źle, bo przecież może być lepiej. Barejowska logika, wieczne niezadowolenie, toksyczna atmosfera.

Każdy powód do zepsucia sobie/komuś humoru jest przecież dobry: podatki, Tusk, bezrobocie, Smoleńsk czy słaba forma piłkarskiej reprezentacji. To dyżurne tematy  wpędzające wszystkich w depresję, choć nawet zasrany trawnik może być doskonałytm pretekstem do chodzenia przez resztę dnia w wisielczym nastroju. Z jednej strony nie można być obojętnym w pewnych kwestiach, lecz z drugiej... nie można wiecznie chodzić z klapkami pesymisty na oczach, bo trudno wtedy widzieć jakiekolwiek pozytywy.

Nadmiar pesymizmu, powagi i wiecznego psucia sobie krwi doprowadził do tego, że  widząc uśmiechniętego człowieka  na ulicy nie darzymy go sympatią i zaufaniem. Uśmiechanie się jest czymś niecodziennym, często wręcz podejrzanym. Absurd? Absurd.


Postanowiłem nie ograniczać się do narzekania na blogu. Wysłałem propozycję rondowego patrona do gazety. Moim typem był...Stanisław Bareja. Człowiek, który swoją twórczością „nadgryzał” poprzedni ustrój obnażając jego wady za pomocą karykatury. Pokazywał PRL w krzywym zwierciadle. Był znakomitym obserwatorem. Uczył też pewnych, fajnych postaw. Dystansu do siebie. Ludzie potrafili śmiać się z uchwyconych na filmie absurdów życia codziennego, dość zresztą ciężkiego i szarego w epoce socjalizmu.



Myślę, że to co robił było ważne, stanowiło w pewnym sensie pracę u podstaw. Za pomocą komediowego katharsis pokazywał, że nie zawsze trzeba reagować na prozę życia śmiertelną powagą. Można cieszyć się życiem nawet gdy jest ciężko i nieciekawie. W ten sposób funkcjonował również Zenon Laskowik z kabaretem Tey.

Z uśmiechem na twarzy żyje się lepiej.

Brakuje dziś takich ludzi, kabaretów czy filmów. Mam wrażenie, że dzisiejsi komicy nie potrafią już robić satyry, która miałaby czemuś służyć. Potrafią za to szydzić i szkalować, czego najlepszym przykładem są postacie Szymona Majewskiego oraz Jakuba Wojewódzkiego. Robią karierę na skandalach nie po to by coś poprawić, zmienić. Robią karierę dla sławy i pieniędzy.

Granica między satyrą a szyderstwem jest coraz mniej wyraźna, ale nie ma co narzekać. Jest jak jest. Pozostaje (naiwnie) wierzyć, że w Poznaniu pojawi się Rondo im. Stanisława Barei, które będzie nam przypominać, że potrafimy cieszyć się i śmiać (nawet z samych siebie) w święta i nie od święta.

To byłaby jazda.


Beer Goggles  - Uśmiechnij się
Beer Googles - Uśmiechnij się!

wtorek, 28 maja 2013

Akcja-reakcja


Spacery po mieście w poszukiwaniu konkursowych kadrów zwróciły ostatnio moją uwagę na społeczne nastroje. Ich wyrazem są poniekąd hasła znajdujące się na murach. Nie ma tygodnia, w którym na ścianie nie pojawiłby się jakiś ONR czy „łajt pałer”. Slogany typu „PO=NKWD” są już od dłuższego czasu na porządku dziennym i należą jeszcze do umiarkowanych, stonowanych i kulturalnych.

Mam wrażenie, że nastroje coraz bardziej się radykalizują, są odpowiedzią na bieżące wydarzenia i rzeczwistość społeczno-polityczną. Nie jest dobrze. Tym, którym z dnia na dzień wiedzie się coraz gorzej zaczyna towarzyszyć chyba jakaś desperacja, zagubienie. W całym tym szumie nie wiadomo już co jest prawdą, jakie mogą być sposoby na rozwiązanie tych problemów. Sam coraz częściej nie wiem co jest 5. Skrajne hasełka i nurty stają się atrakcyjne, trafiają na podatny grunt. Tego typu ideologie dostarczają gotowych rozwiązań, tłumaczą cały ten stan rzeczy, wskazują domniemanych winnych.




Po biernych hasłach pojawiają się czynne demonstracje. Na ulicach Wielkopolski coraz wyraźniej swoją fizyczną obecność zaznaczają Autonomiczni Nacjonaliści. Wraz z nimi, jako przejaw społecznej reakcji pojawia się tzw. Antifa.

Nigdy do końca nie rozumiałem ich stanowiska. Może i jest to jakaś przeciwwaga dla skrajnie prawicowych idei. Na dobrą sprawę ta organizacja działa jednak na bardzo podobnych zasadach. Otóż logicznie rzecz biorąc, odmawianie nacjonalistom prawa do wolności słowa za pomocą fizycznej walki pod sztandardem „tolerancji i antyfaszyzmu” jest co najmniej przejawem hipokryzji czy schizofrenii.

Chyba nie tylko ja to widzę. Dość ciekawej wypowiedzi  na ich temat posłuchać można tutaj

Skrajne tendencje zaczynają ujawniać się także wśród lewicy. Zauważyłem dziś, że parę miesięcy temu zreaktywowała się krakowska formacja Sztorm 68. „68” w nazwie jest oczywiście nawiązaniem do wychwalanych przez nich wydarzeń marca 1968 roku, a sam zespół od kilkunastu lat bardzo mocno czerpie z moczaryzmu. 

(Trudno uwierzyć w coś równie nieprawdopodobnego, więc postanowiłem to zamieścić)

Utwór musiał zostać nagrany w jakimś bardziej fachowym miejscu.  Pomijając wokal, instrumenty brzmią za czysto jak na chałupniczo-amatorskie warunki. Zapowiadający się album może być całkiem profesjonalny (takie odnoszę wrażenie), a takowych raczej nie nie robi się bez zamiaru późniejszej ich sprzedaży. Możliwe, że jest popyt na taką muzykę, choć wśród znajomych nie spotkałem się z nikim, kto słuchałby tej kapeli. Nie dziwię się. Podziękowania za wprowadzenie stanu wojennego czy gloryfikacja postaci Saddama Husajna to dość specyficzne, przekazywane przez nich treści.

Na prawym krańcu sceny rockowej także sporo się dzieje. Zreaktywował się chociażby Obłęd wydając album "Powrót na front",  pojawiło się również kilka nowych zespołów. Lepszych (muzycznie) i gorszych, chociaż niezależnie od umiejętności muzycznych, wszystkie spotykają się ze sporym zainteresowaniem/aprobatą .

  Oprócz prawicy i lewicy, masy przekupywane są także przez polityczne chorągiewki wywęwszające poparcie np. u zwolenników legalizacji marihuany. W ich przypadku ma się do czynienia ze zwykłym biciem piany i skandalizowaniem z którego nic tak naprawdę nie wynika. To chyba Ci mniej groźni wariaci, choć swoją tanią szarpaniną często dolewają oliwy  do  ognia.

Obiektywnie rzecz biorąc, trzeba przyznać tym środowiskom jedno. Przedstawiciele tych grup z pewością nie siedzą na przysłiowych 4 literach. Dążą do zmian w sposób czynny. Nie sposób cokolwiek zmienić poprzez samo narzekanie, lecz z drugiej strony wszelkiej maści ekstremizmy bywają szkodliwe. Wychodzę z założenia, że skłóconym narodem o wiele łatwiej rządzić.

Osobnym tematem są też kibice, którzy dali się upolitycznić tak samo jak angielscy skineadzi. Pierwotnie neutralne łyse głowy zostały  zapełnione na przełomie lat 70/80 wyborczymi sloganami National Front. Wystarczyło, że partia dostrzegła w nich dobrych "żołnierzy"  do realizacji swoich  celów i pociągnęła za odpowiednie sznurki. Może kiedyś rozwinę ten temat.

Bierna nie pozostaje też policja. Mam wrażenie, że działają coraz skrupulatniej i brutalniej. Nie szczędzą gazów i pałek. Tego typu rozwiązywanie spraw przypomina mi Milicję Obywatelską, której zadaniem było trzymanie społeczeństwa w ryzach poprzez represje i zastraszanie. Co gorsza, jest na to ciche przyzwolenie, nawet wśród osób wpływowych i znanych. Żywy symbol Solidarności w zeszłym roku publicznie nawoływał  do pałowania strajkujących. W tym momencie przekreśliłł ostatecznie cały swój dorobek. Mówiąc potocznie: Wałęsa zwyczajnie się skończył. Ostatecznie, bezapelacyjnie i do samego końca.Wszystko gnije?




Przypomina mi się stare hasło „reklamujące” antykoncepcję: I Ty możesz urodzić drugiego Albina Siwaka.

Uzupełniłbym je jeszcze o postacie Moczara, Urbana, Tejkowskiego, Palikota, Korwin-Mikke i Pankowskiego. Obawiam się jednak, że mógłbym jeszcze długo wymieniać.

piątek, 3 maja 2013

Wegefaszyści


Facebook wbrew pozorom potrafi dostarczyć wielu ciekawych inspiracji. Tak się składa, że wielu moich internetowych znajomych należy do (jakże zacnego) grona praktykujących wegetarian/wegan.

Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie publikowane przez niektórych z nich treści, które umieszczane są właściwie o każdej porze dnia i nocy. Ich autorami są „wegetarianie wojujący”, czyli ludzie zafiksowani na swych poglądach jeszcze bardziej niż „wojujące feministki”.

Czego można się od nich dowiedzieć?

Przede wszystkim, mięsożercy są w ich oczach podludźmi. To oczywiste. Wegetarianie czy weganie są w swoim skromnym mniemaniu kimś lepszym, znajdującym się na wyższym poziomie świadomości oraz moralności. Są uosobieniem dobra, sprawiedliwości i miłości. Bronią przecież najsłabszych. Zwierząt.

Tak przynajmniej twierdzą Serafinowie spod warzywniaka.

Ja nie jestem tego taki pewien. Jedna ze znajomych umieściła kiedyś na profilu zdjęcie byka miotającego zakrwawionym torreadorem podczas corridy. Komentarzy typu „dobrze mu tak”, „należało się chujowi”, czy „szkoda że go nie zabił” było chyba kilkadziesiąt. To jeszcze subtelne przykłady, bo był chyba nawet taki o wypruwaniu flaków. Nawiedzeni weganie zachwycali się rozlewem krwi, rozkoszowali się zemstą zwierzęcia, a niektórzy nawet marzyli o tym (sic!), by wcielić się w jego rolę. Jakimś dziwnym trafem, wirtualny album w którym znajoma zbierała podobne obrazki zwał się „Ciągle tyle krwi... :(„

Wylali hektolitry jadu na znienawidzonego człowieka...a po wyłączeniu komputera z całą pewnością poszli mówić o miłości czy szacunku do wszystkiego co żyje gdzie indziej. Tak, spożywam mięso, ale nawet we mnie nie ma tyle nienawiści.

Wegetarianie mają się za osoby wybitnie świadome, otwarte i tolerancyjne.

Ale czy to nie właśnie w ich towarzystwie tak ciężko nieraz zjeść w spokoju posiłek? Będąc wieloletnim wolontariuszem pewnego schroniska dla zwierząt, wielokrotnie słuchałem złośliwego gderania podczas prób otworzenia zwykłej konserwy. Za każdym razem próbowano odebrać mi apetyt różnymi pytaniami i naciąganymi tezami z „niezależnych źródeł”. Tak się składa, że nie wierzę nawet w teorię lipidową i żywię się po swojemu.

Przyciśniety do muru, musiałem posługiwać się „łaciną” by mieć spokój. Tolerancja? Nazwałbym ją raczej „upierdliwością gorszą niż u świadków Jehowy”. Ci także próbują wciskać swój kit przy każdej możliwej okazji.

Obsesyjne kwestie „wegetariańskich naczyń i sztućców” akurat pominę, bo zawsze na taki wyjazd brałem swoje. Niektórzy są bowiem zdania, że „trucizna” z mięsa jest w stanie wgryźć się nawet w stal nierdzewną, a nóż użyty chociażby raz do pokrojenia kawałka kiełbasy jest skażony na cale tysiąclecia. Ciekawe co na to licznik Geigera?

Zdarzało się również, że po takim posiłku co po niektórzy nie chcieli się do mnie odzywać, czy spać ze mną w jednym pomieszczeniu. Cóż. Byłem grzesznikiem i złamałem jedną z najświętszych reguł w religii, którą próbowali mi narzucić. Podejście podobne jak u Muzułmanów, którzy mają problem ze zrozumieniem tego, że gdzie indziej ich prawo może nie obowiązywać.

Kończąc pisanie powyższych wypocin, postanowiłem jeszcze raz zajrzeć na Facebooka. Jedna ze znajomych w ciągu 15 minut umieściła 27 grafomańskch, pro-wegańskich wierszy. Z całego tego bełkotu można wyczytać, że z całą pewnością Pani Koleżanka nienawidzi ludzi. Wszystkich, łącznie ze sobą. Nie wiem jakim cudem nie wyskoczyła jeszcze z okna, skoro jest takim potworem: przedstawicielem homo sapiens.

A może jej to nie dotyczy? Może patrząc w lustro widzi kogoś lokującego się o szczebel wyżej na drabinie ewolucji? Homo vegans. Z pewnością byłaby to fajna wymówka, swoiste rozgrzeszenie, katharsis. Byle uspokoić własne sumienie. Bo nie je mięsa i jest kimś lepszym, a cała reszta to motłoch...do odstrzału.

Obserwowanie radykalnych zwolenników wegetarianizmu/weganizmu jest ciekawym doświadczeniem socjologiczno-psycholoczinycm.

WHO miało rację z uznaniem takich zachowań za chorobę psychiczną. Według mnie, taki (podkreślam) wojujący wegetarianzim/weganizm ma w sobie bardzo wiele z zaburzeń o charakterze obsesyjnym.


Jedni widzą całe zło świata w Żydach, inni w faszystowskich kapitalistach z grubym cygarem w ustach, a jeszcze inni...w mięsożercach. Takie życie.

A mnie drażnią skrajności. Religijne, ideowe, polityczne..czy dietetyzczne.



niedziela, 28 kwietnia 2013

Polski punk - 30 lat minęło


Od jakiegoś czasu porównuję przeszłość z teraźniejszością. Spotkałem się z dość ciekawym stwierdzeniem, że polski punk lat 80-tych był słaby. Żałuję, że nie było możliwości pociągnięcia tej rozmowy dalej, ponieważ mam na ten temat całkowicie odmienne zdanie.

Może i nie zachwycał nikogo hałas wydobywany ze strasznie kiepskich Defili, a z krążących w trzecim obiegu kaset ciężko było cokolwiek wychwycić. Chyba nie o to w tym wszystkim chodziło. Przygnębiające teksty często niosły w sobie wszystko to, co stanowiło sól w oku całego ówczesnego społeczeństwa oraz czuwającej nad nim władzy. W brutalny sposób obnażały ciemniejszą stronę rzeczywistości bezczelnie pokazując, że jednak nie wszystko jest takie piękne w „ustroju wiecznej szczęśliwości”.

Może i było sporo w tym wszystkim naiwności, a garażowym szarpidrutom zwyczajnie wydawało się, że z końćem komuny Polska stanie się drugim rajem na ziemi? Może i wiara w możliwość naprawienia świata poprzez kopanie leżącego już ustroju za pomocą wykrzykiwania oczywistych prawd była faktytcznie infantylna?

Komuna padła, a samo zjawisko straciło na sile. Szybko okazało się, że w nowej rzeczywistości można nieźle zarobić na graniu. Wystarczy spojrzeć na silvertonowskie punkopolo z początku lat 90-tych i moim zdaniem, jest z tym coraz gorzej.

Sami pankowcy też są jacyś tacy inni. O wiele lepiej dogaduję się ze „starymi załogantami” . Ze „zgredami” można porozmawiać o wszystkim. Nikt nie licytuje się kto ma bardziej oryginalną koszulkę, gdzie w internecie można kupić najbardziej odjechane glany, które piwo wypada pić oraz kto jest bardziej „prawdziwy i kumaty.” 

Rzygam już tym. m.in dlatego nie chodzę już na koncerty.



Mało jest dziś kapel ambitnych, próbujących przekazać coś więcej, uczących krytycznego myślenia. Dominują teksty o weekendowym kacu, piłce nożnej, pięknych panienkach, glanach itp. Najważniejsze by wszystko było (zbyt) proste, utwór wpadał w ucho i można było się przy nim ostro nawalić. Sztuka dla sztuki, przerost formy nad treścią.

Coraz częściej mam wrażenie, że o wiele fajniejszy pod względem treści jest chociażby dzisiejszy rap i hip-hop.

Może właśnie o to chodziło na samym początku tego zjawiska, w Anglii końca lat 70-tych? U nas punk rock pojawił się jednak w zupełnie innym, historyczno-społecznym kontekście. Dziś też jest inaczej. To nie czasy rządów M.Thatcher, która próbowała wyciągnąć wówczas kraj z kryzysu, choć nie da się ukryć: kryzys jest. Innej natury i na innym gruncie społecznym, ale istnieje.

Tak jak punk. Działa w zupelnie innym wydaniu, jest krzywym zwierciadłem zupełnie innej rzeczywistości.

Choć mam prawie 26 lat, przemawia do mnie punkrock lat 80-tych. W odróżnieniu od popowej sieczki, punkowe teksty przynajmniej były o CZYMŚ...a  wiele z nich jest aktualnych do dziś.


Gdy będę miał ochotę na coś niedołującego i  spokojnego, to włączę sobie jakieś Kombi na pierwszym programie polskiego radia.

czwartek, 25 kwietnia 2013

1986-2013


Kontrola W - Koniec
Kontrola W(ładzy) - To będzie koniec

Noc z 25 na 26 kwietnia jest dla mnie datą bardzo ważną. W 1986 roku, zadufana w sobie ludzkość pokazała jak bezmyślnie ufa technologii.

Elektrownia jądrowa w Czarnobylu (bo o niej mowa) to podręcznikowy przykład przesadnej pewności siebie, technologicznego zaślepienia. To ponury pomnik zwykłej głupoty. W tym przypadku również ideologicznej, ponieważ eksperyment nie został przerwany przede wszystkim z pobudek światopoglądowych i tzw. dyscypliny partyjnej, zgodnie z którą działał wówczas przełożony siedzących w centrali pracowników.




Ci doskonale wiedzieli co się dzieje, choć niedoskonała aparatura pomiarowa (termometry nie sięgały dna rozgrzanego niemal do białości rdzenia) nie oddawała w pełni skali zagrożenia. Nakazano im działać dalej, albo polecą przyszłowiowe głowy.

No i poszło.

Wyludnione miasto, wyludnione okoliczne wsie. Skażona, zamknięta zona, choć po usunięciu skutków awarii nie jest jednak „tak źle”...mimo iż kosztowało to zdrowie/życie wielu tysięcy ludzi, do dziś umierających w straszliwych męczarniach. Choroba popromienna, nowotwory, czy inne nieznane dotąd choroby.

Mało brakowało,  a pół Europy nie nadawałoby się do zamieszkania. Po ugaszeniu reaktora, mogło  dojść  do kolejnego wybuchu, któremu zapobiegli górnicy.

Ale czy oprócz przemysłu i energii jądrowej, nie wykańczamy się np. wszechobecną chemią, którą ładuje się m.in do żywności? Wszystko jest naszprycowane wszystkim. Grunt to wyprodukować dużo i tanio, przy małym nakładzie pracy. Skutkami długofalowymi nikt się nie przejmuje, lub na ich zbadanie jest po prostu za wcześnie.

Nie wierzę nawet w "ekologiczną żywność" czy zakazy stosowania np. DDT (popularny niegdyś "Azotox"). Są przecież  zamienniki, choć nawet bez nich wszystko wyrasta z zasyfionej ziemi.

Mam wrażenie, że przez 27 lat człowiek niczego się nie nauczył. Wykończy się sam.
Jak nie toksycznym żarciem, to Fukuszimą czy bombami, którymi od jakiegoś czasu straszy Korea. Piłujemy gałąź na której siedzimy, za mocno wierzymy we własny "geniusz".




wtorek, 23 kwietnia 2013

Wsi spokojna, wsi wesoła



Myślałem, że na 5-tym roku moich studiów poza wszechobecnymi etatozapychaczami nie ma już przydatnych, wartościowych zajęć. Zostałem wczoraj miło zaskoczony. Spodobały mi się akurat te, których wszyscy nie cierpią: Edukacja obywatelska.

Fajnie podyskutować sobie o tym „Czy Polska może być sexy?” lub „Czy warto być Polakiem w Polsce?”. Dziwią mnie ludzie, którzy cholernie wstydzą się tego skąd pochodzą i kim są, a w przypadku emigracji próbują błyskawicznie się zasymilować.

To jedno. W okolicach Zaduszek zastanawiają mnie zawsze próby zaszczepiania obcych świąt takich jak Haloween. Czemu na siłę próbuje się udawać resztę świata, robić ze wszystkiego globalną wioskę? Jeść to co wszyscy, oglądać te same filmy, tak samo się ubierać, zachowywać, to samo świętować.

Żałuję, że w całej tej szaleńczej pogoni za przysłowiową Ameryką nie docenia się różnorodności. Czy to nie właśnie ona czyni świat naprawdę ciekawym? Obce kultury, regionalizmy, folklor czy nawet żargony i gwary. Mam wrażenie, że jest tego coraz mniej, a moi rówieśnicy przywiązują do tego coraz mniejszą wagę stając się bliżej nieokreślonymi „obywatelami tego świata”. Jak tak dalej pójdzie, to (i tak już nieliczni) Indianie będą wciągać w rezerwatach hamburgery z maka.

Siostra ostatnio zrozumiała, dlaczego nie chcę mieć tak „wspaniałego” motoru jak jej Suzuki Freewind. Albo niezawodny produkt Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku, albo nic. Może i zalatuje to tanim hipsterstwem, ale każdy z nas prędzej czy później zacznie zastanawiać się nad swoją tożsamością. W całej tej globalnej papce można się tylko pogubić. Czasami też do czegoś się po prostu tęskni.




Taki jestem i zgadzam się z Kukizem. Kocham „polski folklor dnia codziennego”, choć bywa, że jest on często powodem szyderstw z zewnątrz. Sztandarowymn przykładem jest tu chyba noszenie skarpet do sandałów. Co z tego? Inni też mają wady. Chińczycy, Włosi, Francuzi, Amerykanie itd....a Niemcy kręcą pornole w skarpetach.

Wiem, że jest u nas źle. Młodzi ludzie nie mają prkatycznie szans na dostanie pracy, a spec po zawodówce często zarabia więcej od magistra po studiach. Niedługo się o tym przekonam, za parę miesięcy kończę 5-letnie studia. Prawdopodobnie wyjadę – nie widzę tutaj zbyt dobrych perspektyw nawet na tzw. głodową pensję.

To przykre, gdy widzi się jak ten kraj traktuje młode (choć nie tylko) pokolenie. To nie jest zwykłe, komunistyczne gadanie "Bo mi się należy.".  Bądź co bądź, młodzież to  przyszłość każdego państwa. To dobra inwestycja. Czysta, wolnorynkowa kalkulacja. Jesteśmy społeczeństwem starzejącym się i mamy rekordowo niski przyrost naturalny. Rodziny/pary nie chcą mieć dzieci m.in ze względu na ekonomię. W badaniach dzietności, Polki  zajmują 209 miejsce z 223 możliwych. Jeżeli obecne tendencje będą się utrzymywać, to za parędziesiąt lat nie będzie kto miał utrzymywać emerytów. Ciekaw jestem co wtedy.


złodzieje rowerów - jak
Złodzieje Rowerów - Jak (mam pokochać kraj) ?

Może m.in dlatego nie szanuje się już Polski oraz tego co polskie? Cholernie ciężko byłoby mi się z tym wszystkim rozstać, ale póki co jest jeszcze czas. Może zostanę?







Póki co, uporczywie słucham zespołu kolegów. Niestniejąca od kilku lat formacja The Roibers zyskała już jednak miano wągrowieckiej legendy. Ich ostatni koncert (ok. 8 lat temu) pamiętam doskonale. Jeden z nielicznych utworów (m.in) o Wągrowcu, który ukazuje go w dobrym świetle.

THE_ROIBERS-przyjazny
The Roibers - Przyjazny

I cieszę się, że za parę dni będę tam. Jeszcze tylko 4 wioski i w MDKu będę stoł.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Ersatz


Od paru dni zastanawiam się, ile dziś jest we wszystkim ersatzu i uproszczeń, choć zaczęło się dość prozaicznie. Ile radia jest w „radiu internetowym” ? Czy internetowy kanał dźwiękowy można uznać za rozgłośnię skoro nie posługuje się on falami i stanowi jedynie ciąg zer oraz jedynek?

Rozważania mogą przypominać kultowe wywody na temat zawartości cukru w cukrze, ale wbrew pozorom nie o to mi chodzi. Bardziej zastanawiają mnie zamienniki, które mimo diametralnie innej metody działania, postaci czy wrażeń związanych z ich używaniem przechodzą do życia codziennego pod nazwą tego co mają imitować.

Wyroby czekoladopodobne, kawa rozpuszczalna, e-papierosy, e-mailowe „listy” , marketowy dżem malinowy wyprodukowany bez użycia malin, internetowi „znajomi” , których nigdy nie widziało się na oczy... czy cyberseks uprawiany przez kamerę internetową, który z seksem nie ma przecież zbyt wiele wspólnego.

Coraz więcej rzeczy jest wirtualnych, nienamacalnych. Nawet miłość – pojęcie, które ogromnie straciło na wartości. Zostało spłycone, uproszczone, ucyfrowione, uszcztucznione. Nie tylko w cyberprzestrzeni.



W przypadku fotografii, dowiedziałem się niedawno, że Photoshop ma już filtry umożliwiające przerobienie zdjęcia na „dagerotyp” czy „kolodion”. Popularny od paru miesięcy instagram ma opcję dodania do obrazu ramki imitującej klatki błony średnioformatowej. Parę kliknięć i ciach. Jest artystyczna fota.

Czasami myślę, że urodziłem się w złych czasach. XXI wiek powinien zostać chyba okrzyknięty „wiekiem udawania wszystkiego przez wszystko”.

Nauczyciel chemii z liceum często powtarzał: „Kiełbasa parówkowa nigdy nie będzie kiełbasą”. Może coś w tym jest poza pewną dawką specyficznego humoru?

Mawiał też: „Człowieka da się oszukać, ale gipsu nigdy.”.

Czas na prawdziwą, popołudniową kawę. Mieloną, nierozpuszczalną.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Na własne podobieństwo


Podczas rozpakowywania plecaka natknąłem się na kasetę kapeli Inkwizycja pt „Na własne podobieństwo”.

No właśnie. Jak to jest z ludźmi? Jeden z najczęściej przytaczanych fragmentów Biblii mówi o tym, że zostaliśmy stworzeni na podobieństwo Boga. Coś tu jednak nie gra, albo sile wyższej coś wybitnie nie wyszło.

Człowiek to naturalny wróg wszystkich istnień, jest także największym wrogiem własnego gatunku. Oprócz szeroko rozumianego intelektu, od zwierząt różni go jeszcze jeden szczegół. Zwierzęta zabijają z konieczności by zaspokoić głód. Śmierć ofiary jest nieuniknionym „efektem ubocznym”. Człowiek potrafi zabijać dla przyjemności, czerpać przyjemność z odbierania życia. Śmierć bywa dla niego fascynująca.

Jakiś czas temu przyglądałem się średniowiecznym ilustracjom ukazującym egzekucje. Rzuca się w oczy przede wszystkim to, że na każdej z nich pojawiały się tłumy. Poszedłem w swoich poszukiwaniach dalej: rzymskie igrzyska. Zdziczałe tłumy zachwycające się przelewem krwi.


Minęlo wiele wieków. Wydawałoby się, że ludzkość stała się z czasem bardziej cywilizowana, a z mody wyszły chociażby polowania. W XXI wieku śmierć nadal spotyka się ze swoistym entuzjazmem. Na dodatek świetnie się sprzedaje i jest na nią spory popyt. Wystarczy spojrzeć na okładki bardzo popularnych brukowców, czy nową książkę o mamie Madzi. To jest po prostu chore.

Tania sensacja i tragedia najbardziej przykuwa uwagę.

Rezystencja - Pornografia
Rezystencja - Pornografia śmierci

Swoją drogą, często powtarzam po Śp. Julianie Antoniszczaku, że „Technika jest dla mnie rodzajem sztuki”. Zawsze fascynowały mnie te wszystkie dźwignie, śrubki, mechanizmy, trybiki, paski klinowe i przekładnie. Zachwycam się geniuszem twórcy.

Technika wojskowa jednak mnie przeraża. Nigdy nie zrozumiem, co jeszcze może wymyślić człowiek by zabijać się coraz taniej, skuteczniej, na coraz większą skalę. Gazy bojowe, karabiny, czołgi, broń biochemiczna i jądrowa. Ciągle mu mało.

I niech ktoś mi teraz powie, że stworzeni jesteśmy na wzór i podobieństwo.

środa, 17 kwietnia 2013

Wódka i wojna



Muzyka rockowa jest ze mną wszędzie. Można nawet powiedzieć, że jest we mnie, zostawia wyraźny ślad na moich fotografiach. Poszczególne utwory często inspirują mnie do robienia niektórych zdjęć, tudzież znajdują odzwierciedlenie nie tyle w ich treści, co formie.

Orwografia jest dla mnie fotograficznym punk-rockiem.

Muzyka często skłania mnie do przemyśleń. Tak jak dziś. Podróż powrotną z Wągrowca umilały mi Zielone Żabki – kapela, której słucham od ok. 12 lat. Miałem kiedyś okazję zobaczyć ich na żywo oraz porozmawiać po koncercie z ich wokalistą, Smalcem. Niesamowicie otwarty i pozytywnie zakręcony człowiek. Wierzy w to co mówi, jest po prostu autentyczny.

Słuchając jego słów śpiewanych, obserwowałem grupkę pijanych współpasażerów bezczelnie łojących wódkę od samego początku trasy. Szczerze mówiąc przeszkadzało mi to niespecjalnie. W końcu sam miałem lekkiego kaca po wczorajszej Extra Żytniej. Może nawet znalazłbym w nich coś sympatycznego, może coś bym w nich polubił. Zawsze staram się znaleźć w kimś coś dobrego i fajnego. Może jestem naiwny, skażony resocjalizacyjnym optymizmem?

Byli obojętnym tłem do momentu, gdy stali się dosyć agresywni w stosunku do konduktora i siedzących obok osób. Prawie doszło do bójki. Ludziom odpierdala od tej wódy. Szukanie konfilktu na siłę z powodu paru promili we krwi. Strasznie tego nie lubię.

Jeden z wychowanków pewnego Zakładu Poprawczego, wyznał mi kiedyś, że wręcz marzy o wojnie. Dlaczego? Uważał, że tacy jak on jako pierwsi rzuciliby się z mołotowami w ręku na czołgi, a po wszsystkim nazywano by ich bohaterskimi nazwiskami ulice. Najgorsze była jego autentyczna szczerość, chciał po prostu tak zaistnieć. Na trzeźwo.

Hałaśliwi pasażerowie zostali wysadzeni (pokojowo) pod byłą Zbrojeniówką. O ironio i zbiegu okolicznośći. Akurat słuchałem poniższego utworu.


Zielone Żabki - Wojna
Zielone Żabki - Wojna
W ramach pewnej ciekawostki, pierwotnie (zespół gra od  1987 roku) w tekście "policjant angielski" zastąpiony był innym mundurowym. Też się to rymowało.