niedziela, 15 listopada 2015

"Idą dobre czasy dla pankroka"


Dość dawno temu, pisałem o tym, że punk stał się pewnego rodzaju autokarykaturą tracąc jakiekolwiek wartości (poza muzycznymi). To fakt – granie dla samego rozgłosu czy rozrywki jest tylko sztuką dla sztuki. Jeżeli dochodzi do tego zysk, to mamy już do czynienia z perfidną chałturą. Oczywiście, z czegoś żyć trzeba, instrumenty same się nie zakupią, a rodziny same się nie nakarmią. Mam na myśli granie, gdzie głównym (lub bardzo ważnym) celem jest pieniądz i żerowanie na naiwnych dzieciakach. W końcu fajnie sprzedać komuś koszulkę, czy naszywkę z logiem swojego zespołu. Fajnie też ubrać (kosztujące krocie!) ciuchy Freda Perrego, Everlasta czy Lonsdale`a i krzyczeć tym, jak źle się powodzi klasie robotniczej. Zawsze bawiło mnie to u skinów. U punków jest podobnie. Rewia mody napędzana scenowym gwiazdorstwem, które nie ma do przekazania wiele poza tym, że weekend był ciężki, mecz dobry, zimne piwo jest okej, a ładne dziewczyny przyprawiają wszystkich o zawrót głowy.

Od jakiegoś czasu widzę, że tendencja zaczyna się chyba powoli odwracać. Tylko ślepiec nie widzi, że żyje nam się coraz gorzej, a podział między bogatymi i biednymi staje się prawdziwą przepaścią. Nie trzeba być magistrem z socjologii, by wiedzieć, że zaczyna to rodzić pewne napięcia. Widać to chociażby po skrajnych ugrupowaniach – w siłę rosną grupy takie jak ONR (oraz pokrewne), a w ramach odpowiedzi mamy zbrojących się anarchistów i związaną z nimi antifę. Oliwy do ognia dolewa oczywiście sytuacja polityczno-ekonomiczna w samym państwie. Tzw. afera taśmowa dobitnie pokazała wszystkim, jak cyniczna, bezczelna i pozbawiona jakichkolwiek skrupułów jest nasza władza, która ma wszystkich obywateli za idiotów, czy frajerów (bo jak można pracować za mniej niż 6000zł?!).

Jakiś mądrala napisał kiedyś w pseudonaukowej książce, że „punk to muzyka z kolejki po zasiłek”...i może miał rację? Nawet młodzi nie mają żadnych szans. Jedyna praca na jaką mogą liczyć, to śmieciówka za 1300zł: kwota, która ledwo starczy na wegetację. Ale według oficjalnych danych jest dobrze, bo przecież spada bezrobocie! Szkoda tylko, że nikt z rządzących nie przyzna się, że jego spadek „zawdzięczamy” wyjazdowi tysięcy ludzi za granicę i wprowadzaniem przez tylne drzwi kraju koncernów, firm i spółek, które oferują pracę za ćwierćdarmo (bo stawek jakie proponują nie można nazwać nawet półdarmowymi).



To oczywiśćie (i niestety!) nie wszystko. Chore są też procedury, instytucje i systemy, które podlegają pod państwo. Barejowskie kolejki w służbie zdrowia, rekordowo niskie emerytury i zasiłki, bezkarność policji, czy chociażby samowola komornicza (np. w głośnej sprawie o ciągnik) to jedynie wierzchołek góry lodowej. Fakt, że niektórzy nie wytrzymują presji i wybierają się do urzędu z siekierą przestaje mnie już dziwić, choć sam czyn jest oczywiście godzien pełnego potępienia. Nie dziwię się też starszym ludziom, którzy do znudzenia powtarzają, że za komuny było lepiej. Choć jako niedoszły historyk oraz osoba w minimalnie oczytana mam jakieś pojęcie o minionej epoce i tego typu sentymenty tłumaczę sobie tęsknotą za czasami, gdy było się pięknym i młodym, to jednak zgodzę się z nimi na jednej płaszczyźnie. Za komuny było lepiej, gdy człowiek kładł się spać. Nie musiał tak panicznie bać się tego, co przyniesie mu jutro: czy go nie zwolnią, czy nie wyląduje na bruku, czy będzie miał za co kupić chleb . Co najwyżej, mógł bać się tego, że dostanie po łbie od milicji, bo np. wyróżnia się w tłumie. Wiem...za swoją ramoneskę z agrafką i wpiętym w klapę rezystorem miałbym częste problemy.

Ale przynajmniej nie rozstrząsałbym kwestii, czy jest przyszłość, czy jej nie ma.

Pankrok się wyczerpał – tak mi się tylko wydawawało. Kolego Filipie, miałeś rację. Idą „dobre czasy” dla punk rocka. Wyczuwam jego renesans. Reaktywują się dawne kapele (Azotox, Zwłoki, Stan Oskarżenia itd.), a obecne zaczynają śpiewać o czymś ambitniejszym niż piwo, futbol i dziewczyny.