Dość dawno temu,
pisałem o tym, że punk stał się pewnego rodzaju autokarykaturą
tracąc jakiekolwiek wartości (poza muzycznymi). To fakt – granie
dla samego rozgłosu czy rozrywki jest tylko sztuką dla sztuki.
Jeżeli dochodzi do tego zysk, to mamy już do czynienia z perfidną
chałturą. Oczywiście, z czegoś żyć trzeba, instrumenty same się
nie zakupią, a rodziny same się nie nakarmią. Mam na myśli
granie, gdzie głównym (lub bardzo ważnym) celem jest pieniądz i
żerowanie na naiwnych dzieciakach. W końcu fajnie sprzedać komuś
koszulkę, czy naszywkę z logiem swojego zespołu. Fajnie też
ubrać (kosztujące krocie!) ciuchy Freda Perrego, Everlasta czy
Lonsdale`a i krzyczeć tym, jak źle się powodzi klasie robotniczej.
Zawsze bawiło mnie to u skinów. U punków jest podobnie. Rewia mody
napędzana scenowym gwiazdorstwem, które nie ma do przekazania wiele
poza tym, że weekend był ciężki, mecz dobry, zimne piwo jest okej,
a ładne dziewczyny przyprawiają wszystkich o zawrót głowy.
Od jakiegoś czasu
widzę, że tendencja zaczyna się chyba powoli odwracać. Tylko
ślepiec nie widzi, że żyje nam się coraz gorzej, a podział
między bogatymi i biednymi staje się prawdziwą przepaścią. Nie
trzeba być magistrem z socjologii, by wiedzieć, że zaczyna to
rodzić pewne napięcia. Widać to chociażby po skrajnych
ugrupowaniach – w siłę rosną grupy takie jak ONR (oraz
pokrewne), a w ramach odpowiedzi mamy zbrojących się anarchistów i
związaną z nimi antifę. Oliwy do ognia dolewa oczywiście sytuacja
polityczno-ekonomiczna w samym państwie. Tzw. afera taśmowa
dobitnie pokazała wszystkim, jak cyniczna, bezczelna i pozbawiona
jakichkolwiek skrupułów jest nasza władza, która ma wszystkich
obywateli za idiotów, czy frajerów (bo jak można pracować za
mniej niż 6000zł?!).
Jakiś mądrala
napisał kiedyś w pseudonaukowej książce, że „punk to muzyka z
kolejki po zasiłek”...i może miał rację? Nawet młodzi nie mają
żadnych szans. Jedyna praca na jaką mogą liczyć, to śmieciówka
za 1300zł: kwota, która ledwo starczy na wegetację. Ale według oficjalnych danych jest dobrze, bo przecież spada bezrobocie! Szkoda tylko, że nikt z
rządzących nie przyzna się, że jego spadek „zawdzięczamy”
wyjazdowi tysięcy ludzi za granicę i wprowadzaniem przez tylne drzwi
kraju koncernów, firm i spółek, które oferują pracę za
ćwierćdarmo (bo stawek jakie proponują nie można nazwać nawet
półdarmowymi).
To oczywiśćie (i
niestety!) nie wszystko. Chore są też procedury, instytucje i
systemy, które podlegają pod państwo. Barejowskie kolejki w
służbie zdrowia, rekordowo niskie emerytury i zasiłki, bezkarność
policji, czy chociażby samowola komornicza (np. w głośnej sprawie
o ciągnik) to jedynie wierzchołek góry lodowej. Fakt, że
niektórzy nie wytrzymują presji i wybierają się do urzędu z
siekierą przestaje mnie już dziwić, choć sam czyn jest oczywiście
godzien pełnego potępienia. Nie dziwię się też starszym ludziom,
którzy do znudzenia powtarzają, że za komuny było lepiej. Choć
jako niedoszły historyk oraz osoba w minimalnie oczytana mam jakieś
pojęcie o minionej epoce i tego typu sentymenty tłumaczę sobie
tęsknotą za czasami, gdy było się pięknym i młodym, to
jednak zgodzę się z nimi na jednej płaszczyźnie. Za komuny było
lepiej, gdy człowiek kładł się spać. Nie musiał tak panicznie
bać się tego, co przyniesie mu jutro: czy go nie zwolnią, czy nie
wyląduje na bruku, czy będzie miał za co kupić chleb . Co
najwyżej, mógł bać się tego, że dostanie po łbie od milicji,
bo np. wyróżnia się w tłumie. Wiem...za swoją ramoneskę z
agrafką i wpiętym w klapę rezystorem miałbym częste problemy.
Ale przynajmniej nie
rozstrząsałbym kwestii, czy jest przyszłość, czy jej nie ma.
Pankrok się
wyczerpał – tak mi się tylko wydawawało. Kolego Filipie,
miałeś rację. Idą „dobre czasy” dla punk rocka. Wyczuwam jego
renesans. Reaktywują się dawne kapele (Azotox, Zwłoki, Stan
Oskarżenia itd.), a obecne zaczynają śpiewać o czymś ambitniejszym
niż piwo, futbol i dziewczyny.