wtorek, 28 maja 2013

Akcja-reakcja


Spacery po mieście w poszukiwaniu konkursowych kadrów zwróciły ostatnio moją uwagę na społeczne nastroje. Ich wyrazem są poniekąd hasła znajdujące się na murach. Nie ma tygodnia, w którym na ścianie nie pojawiłby się jakiś ONR czy „łajt pałer”. Slogany typu „PO=NKWD” są już od dłuższego czasu na porządku dziennym i należą jeszcze do umiarkowanych, stonowanych i kulturalnych.

Mam wrażenie, że nastroje coraz bardziej się radykalizują, są odpowiedzią na bieżące wydarzenia i rzeczwistość społeczno-polityczną. Nie jest dobrze. Tym, którym z dnia na dzień wiedzie się coraz gorzej zaczyna towarzyszyć chyba jakaś desperacja, zagubienie. W całym tym szumie nie wiadomo już co jest prawdą, jakie mogą być sposoby na rozwiązanie tych problemów. Sam coraz częściej nie wiem co jest 5. Skrajne hasełka i nurty stają się atrakcyjne, trafiają na podatny grunt. Tego typu ideologie dostarczają gotowych rozwiązań, tłumaczą cały ten stan rzeczy, wskazują domniemanych winnych.




Po biernych hasłach pojawiają się czynne demonstracje. Na ulicach Wielkopolski coraz wyraźniej swoją fizyczną obecność zaznaczają Autonomiczni Nacjonaliści. Wraz z nimi, jako przejaw społecznej reakcji pojawia się tzw. Antifa.

Nigdy do końca nie rozumiałem ich stanowiska. Może i jest to jakaś przeciwwaga dla skrajnie prawicowych idei. Na dobrą sprawę ta organizacja działa jednak na bardzo podobnych zasadach. Otóż logicznie rzecz biorąc, odmawianie nacjonalistom prawa do wolności słowa za pomocą fizycznej walki pod sztandardem „tolerancji i antyfaszyzmu” jest co najmniej przejawem hipokryzji czy schizofrenii.

Chyba nie tylko ja to widzę. Dość ciekawej wypowiedzi  na ich temat posłuchać można tutaj

Skrajne tendencje zaczynają ujawniać się także wśród lewicy. Zauważyłem dziś, że parę miesięcy temu zreaktywowała się krakowska formacja Sztorm 68. „68” w nazwie jest oczywiście nawiązaniem do wychwalanych przez nich wydarzeń marca 1968 roku, a sam zespół od kilkunastu lat bardzo mocno czerpie z moczaryzmu. 

(Trudno uwierzyć w coś równie nieprawdopodobnego, więc postanowiłem to zamieścić)

Utwór musiał zostać nagrany w jakimś bardziej fachowym miejscu.  Pomijając wokal, instrumenty brzmią za czysto jak na chałupniczo-amatorskie warunki. Zapowiadający się album może być całkiem profesjonalny (takie odnoszę wrażenie), a takowych raczej nie nie robi się bez zamiaru późniejszej ich sprzedaży. Możliwe, że jest popyt na taką muzykę, choć wśród znajomych nie spotkałem się z nikim, kto słuchałby tej kapeli. Nie dziwię się. Podziękowania za wprowadzenie stanu wojennego czy gloryfikacja postaci Saddama Husajna to dość specyficzne, przekazywane przez nich treści.

Na prawym krańcu sceny rockowej także sporo się dzieje. Zreaktywował się chociażby Obłęd wydając album "Powrót na front",  pojawiło się również kilka nowych zespołów. Lepszych (muzycznie) i gorszych, chociaż niezależnie od umiejętności muzycznych, wszystkie spotykają się ze sporym zainteresowaniem/aprobatą .

  Oprócz prawicy i lewicy, masy przekupywane są także przez polityczne chorągiewki wywęwszające poparcie np. u zwolenników legalizacji marihuany. W ich przypadku ma się do czynienia ze zwykłym biciem piany i skandalizowaniem z którego nic tak naprawdę nie wynika. To chyba Ci mniej groźni wariaci, choć swoją tanią szarpaniną często dolewają oliwy  do  ognia.

Obiektywnie rzecz biorąc, trzeba przyznać tym środowiskom jedno. Przedstawiciele tych grup z pewością nie siedzą na przysłiowych 4 literach. Dążą do zmian w sposób czynny. Nie sposób cokolwiek zmienić poprzez samo narzekanie, lecz z drugiej strony wszelkiej maści ekstremizmy bywają szkodliwe. Wychodzę z założenia, że skłóconym narodem o wiele łatwiej rządzić.

Osobnym tematem są też kibice, którzy dali się upolitycznić tak samo jak angielscy skineadzi. Pierwotnie neutralne łyse głowy zostały  zapełnione na przełomie lat 70/80 wyborczymi sloganami National Front. Wystarczyło, że partia dostrzegła w nich dobrych "żołnierzy"  do realizacji swoich  celów i pociągnęła za odpowiednie sznurki. Może kiedyś rozwinę ten temat.

Bierna nie pozostaje też policja. Mam wrażenie, że działają coraz skrupulatniej i brutalniej. Nie szczędzą gazów i pałek. Tego typu rozwiązywanie spraw przypomina mi Milicję Obywatelską, której zadaniem było trzymanie społeczeństwa w ryzach poprzez represje i zastraszanie. Co gorsza, jest na to ciche przyzwolenie, nawet wśród osób wpływowych i znanych. Żywy symbol Solidarności w zeszłym roku publicznie nawoływał  do pałowania strajkujących. W tym momencie przekreśliłł ostatecznie cały swój dorobek. Mówiąc potocznie: Wałęsa zwyczajnie się skończył. Ostatecznie, bezapelacyjnie i do samego końca.Wszystko gnije?




Przypomina mi się stare hasło „reklamujące” antykoncepcję: I Ty możesz urodzić drugiego Albina Siwaka.

Uzupełniłbym je jeszcze o postacie Moczara, Urbana, Tejkowskiego, Palikota, Korwin-Mikke i Pankowskiego. Obawiam się jednak, że mógłbym jeszcze długo wymieniać.

piątek, 3 maja 2013

Wegefaszyści


Facebook wbrew pozorom potrafi dostarczyć wielu ciekawych inspiracji. Tak się składa, że wielu moich internetowych znajomych należy do (jakże zacnego) grona praktykujących wegetarian/wegan.

Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie publikowane przez niektórych z nich treści, które umieszczane są właściwie o każdej porze dnia i nocy. Ich autorami są „wegetarianie wojujący”, czyli ludzie zafiksowani na swych poglądach jeszcze bardziej niż „wojujące feministki”.

Czego można się od nich dowiedzieć?

Przede wszystkim, mięsożercy są w ich oczach podludźmi. To oczywiste. Wegetarianie czy weganie są w swoim skromnym mniemaniu kimś lepszym, znajdującym się na wyższym poziomie świadomości oraz moralności. Są uosobieniem dobra, sprawiedliwości i miłości. Bronią przecież najsłabszych. Zwierząt.

Tak przynajmniej twierdzą Serafinowie spod warzywniaka.

Ja nie jestem tego taki pewien. Jedna ze znajomych umieściła kiedyś na profilu zdjęcie byka miotającego zakrwawionym torreadorem podczas corridy. Komentarzy typu „dobrze mu tak”, „należało się chujowi”, czy „szkoda że go nie zabił” było chyba kilkadziesiąt. To jeszcze subtelne przykłady, bo był chyba nawet taki o wypruwaniu flaków. Nawiedzeni weganie zachwycali się rozlewem krwi, rozkoszowali się zemstą zwierzęcia, a niektórzy nawet marzyli o tym (sic!), by wcielić się w jego rolę. Jakimś dziwnym trafem, wirtualny album w którym znajoma zbierała podobne obrazki zwał się „Ciągle tyle krwi... :(„

Wylali hektolitry jadu na znienawidzonego człowieka...a po wyłączeniu komputera z całą pewnością poszli mówić o miłości czy szacunku do wszystkiego co żyje gdzie indziej. Tak, spożywam mięso, ale nawet we mnie nie ma tyle nienawiści.

Wegetarianie mają się za osoby wybitnie świadome, otwarte i tolerancyjne.

Ale czy to nie właśnie w ich towarzystwie tak ciężko nieraz zjeść w spokoju posiłek? Będąc wieloletnim wolontariuszem pewnego schroniska dla zwierząt, wielokrotnie słuchałem złośliwego gderania podczas prób otworzenia zwykłej konserwy. Za każdym razem próbowano odebrać mi apetyt różnymi pytaniami i naciąganymi tezami z „niezależnych źródeł”. Tak się składa, że nie wierzę nawet w teorię lipidową i żywię się po swojemu.

Przyciśniety do muru, musiałem posługiwać się „łaciną” by mieć spokój. Tolerancja? Nazwałbym ją raczej „upierdliwością gorszą niż u świadków Jehowy”. Ci także próbują wciskać swój kit przy każdej możliwej okazji.

Obsesyjne kwestie „wegetariańskich naczyń i sztućców” akurat pominę, bo zawsze na taki wyjazd brałem swoje. Niektórzy są bowiem zdania, że „trucizna” z mięsa jest w stanie wgryźć się nawet w stal nierdzewną, a nóż użyty chociażby raz do pokrojenia kawałka kiełbasy jest skażony na cale tysiąclecia. Ciekawe co na to licznik Geigera?

Zdarzało się również, że po takim posiłku co po niektórzy nie chcieli się do mnie odzywać, czy spać ze mną w jednym pomieszczeniu. Cóż. Byłem grzesznikiem i złamałem jedną z najświętszych reguł w religii, którą próbowali mi narzucić. Podejście podobne jak u Muzułmanów, którzy mają problem ze zrozumieniem tego, że gdzie indziej ich prawo może nie obowiązywać.

Kończąc pisanie powyższych wypocin, postanowiłem jeszcze raz zajrzeć na Facebooka. Jedna ze znajomych w ciągu 15 minut umieściła 27 grafomańskch, pro-wegańskich wierszy. Z całego tego bełkotu można wyczytać, że z całą pewnością Pani Koleżanka nienawidzi ludzi. Wszystkich, łącznie ze sobą. Nie wiem jakim cudem nie wyskoczyła jeszcze z okna, skoro jest takim potworem: przedstawicielem homo sapiens.

A może jej to nie dotyczy? Może patrząc w lustro widzi kogoś lokującego się o szczebel wyżej na drabinie ewolucji? Homo vegans. Z pewnością byłaby to fajna wymówka, swoiste rozgrzeszenie, katharsis. Byle uspokoić własne sumienie. Bo nie je mięsa i jest kimś lepszym, a cała reszta to motłoch...do odstrzału.

Obserwowanie radykalnych zwolenników wegetarianizmu/weganizmu jest ciekawym doświadczeniem socjologiczno-psycholoczinycm.

WHO miało rację z uznaniem takich zachowań za chorobę psychiczną. Według mnie, taki (podkreślam) wojujący wegetarianzim/weganizm ma w sobie bardzo wiele z zaburzeń o charakterze obsesyjnym.


Jedni widzą całe zło świata w Żydach, inni w faszystowskich kapitalistach z grubym cygarem w ustach, a jeszcze inni...w mięsożercach. Takie życie.

A mnie drażnią skrajności. Religijne, ideowe, polityczne..czy dietetyzczne.