sobota, 7 czerwca 2014

O nostalgii, sentymencie i praktycznym zbieractwie


Głupi podobno cieszy się z bateryjki i śmieje się do sera. W tych potocznych i bardzo popularnych powiedzeniach musi być jednak coś prawdziwego.

Historia od której zamierzam zacząć cały swój dziwny wywód jest kompletnie banalna. Jakiś czas temu upadła mi na podłogę maszynka do golenia. Pech chciał, że połamała się w najbardziej strategicznym miejscu, a tworzywa z jakiego zrobiona jest rączka nie chciał chwycić żaden znany mi klej. Po kilku nieudanych próbach naprawy postanowiłem wyrzucić sprzęt do kosza i naiwnie liczyłem na to, że do chwili zakupu nowego egzemplarza zadowolę się jednorazówkami. Niestety, był to spory błąd.

Nie byłoby w tym nic niesłychanego, gdyby nie fakt, że znalezienie nowej maszynki zajęło mi prawie 3 miesiące. Nawet nie zauważyłem w którym momencie sprzęt na tradycyjne żyletki wyszedł z powszechnej sprzedaży i z towaru pierwszej potrzeby przeistoczył się w towar luksusowy. Najtańszy model jaki udało mi się znaleźć w internecie kosztował „zaledwie„ 120zł, choć zdarzały się również urządzonka za tysiąc.

Słabo. Oczywiśćie, jest też chińszyzna niewiadomego pochodzenia, ale w tym wypadku lepiej już golić się nożem do tapet. Dobra żyletka to niestety nie wszystko, a niestety i o nią coraz trudniej. Nawet w tak dużym mieście jak Poznań.

Po długim okresie impasu, z pomocą przyszedł mi pewien portal aukcyjny. Dzięki cierpliwości, którą nabyłem podczas licznych polowań na stary sprzęt fotograficzny, udało mi się kupić nieużywanego, pochodzącego ze starych zapasów Wizameta, czyli coś co miałem do tej pory. Oczywiście, sprzęt prosto z Łodzi.

Może i całe przedsięwzięcie brzmi jak słynne „Do Bydgoszczy będę jeździł, a tu nie będę kupował”, ale współczesny sprzęt do golenia po prostu mi nie służy. Kilkuostrzowe kombajny błyskawicznie zapychają się ściętym zarostem, a same ostrza do „żylet” nie należą. O kosztach ekslploatacji takich maszynek i późniejszych podrażnieniach nie wspomnę. Dlatego od wieku nastoletniego golę się starym, dobrym Polsilverem. Na szczęście jeszcze jest w sklepach.

Może i ta codzienna czynosć w takiej właśnie formie jest dziś czymś równie ekscentrycznym jak dzwonienie z budki telefonicznej, ale każdy ma jakieś dziwactwa. Ze względu na konserwatyzm (jak widać nawet w kwestii codziennych czynnośći) i zamiłowanie do starych rzeczy nazwano mnie kiedyś „młodym starym”, czy „dziadkiem”. Cóż zrobić?

Całość dała mi oczywiście do myślenia i zacząłem w swym, pełnym demoludowych rupieci otoczeniu szukać drugiego dna.

Magnetofon szpulowy Tonette, radioodbiornik lampowy ZRK, zaklepany u rodziny wzmacniacz Diory z kolumnami Tonsilu... czy zakichana PRLowska maszynka do golenia, którą znacznie łatwiej zrobić sobie krzywdę niż jej zachodnim pierwowzorem. O masie sprzętu fotograficznego z NRD nie wspomnę. Co z tego wszystkiego wynika?

Nostalgia? Sentment? To raczej nie wchodzi w rachubę, ponieważ z minionej epoki pamiętam tylko szklane butelki na mleko (z aluminiowym kapslem!), ambulanse z dużych fiatów (babcia od wielu lat jest lekarzem, więc widywałem je często, gdy odwiedzałem ją w pracy) oraz przemówienia prezydenta Jaruzelskiego w telewizji. Podobno jako dziecko płakałem za każdym razem gdy widziałem go w na ekranie telewizora Neptun, lecz to już całkiem inna historia. Poza tym, mam dość negatywny stosunek do tamtego ustroju.

Więc co?

Przede wszystkim to, że mimo wieku wszystko działa. Czasami byle jak, ale działa. W przypadku awarii można zazwyczaj to wszystko naprawić bez konieczności wyrzucania sprzętu na śmietnik. W internecie można obejrzeć dość ciekawy dokument o celowym wytwrzaniu rzeczy nietrwałych. Wszystko po to, aby utrzymać ciągły popyt i móc czerpać zysk z ciągłej produkcji (nomen omen) bubli. Niestety, ale nie potrafię inaczej określić wielu rzeczy z jakimi mam codzienną styczność.

Wzmacniacz z którego korzystam zaczął się psuć po 5 latach i tym samym skłonił mnie do zamiany go na starą Diorę, która od 30 lat działa bez najmniejszego zarzutu (pomijając takie kwestie jak czyszczenie potencjometrów). Sprzęt brzydki, pozbawiony wielu przydatnych funkcji, ale bije „firmowy” plastik na głowę. Taki przykład.

Co ciekawe, nie praktykowano tego w państwach byłego Bloku Wschodniego, lecz na dobrą sprawę prymitywne technologie oraz jakość wykonania większości produktów pochodzących z tych stron pozostawiała z reguły wiele do życzenia. Oczywiście, trafiały się również rzeczy wybitnie trwałe i dobre: np. wymieniane wcześniej tonsilowskie głośniki, legendarne pralki WM66 o tysiącu zastosowań, albo niezawodne motocykle ze Świdnika, Zschopau, czy Iżewska. Na tym lista rzecz jasna się nie kończy.

Mimo wszystko, kupowało się to, co akurat udało się dostać, bo zbyt wielkiego wyboru nie było.

Niektórzy kupowali również na zapas lub z myślą o późniejszej zamianie z innymi. Zbieractwo i zaopatrywanie się we wszystko na zasadzie „trzeba brać póki jest, bo potem może nie być” było dość praktyczne jeżeli ma się na uwadze upierdliwość dnia codziennego w socjalistycznej rzeczywistośći. Sam przyłapuję się na tym, że coraz częściej myślę w ten sposób. Gdybym miał odpowiednie dojście i wystarczającą ilość pieniędzy, to kupiłbym 10 takich maszynek.

"Nowych" Wizametów niedługo już nie będzie. To jedna z ostatnich sztuk.

Chyba jestem praktycznym zbieraczem, który zwyczajnie lubi stare rzeczy zarówno za ich wygląd jak i trwałość. Głupi podobno cieszy się z bateryjki i śmieje się do sera.

Cieszę się z maszynki i śmieję się do monitora pisząc to wszystko.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz