Głupi podobno cieszy
się z bateryjki i śmieje się do sera. W tych potocznych i bardzo
popularnych powiedzeniach musi być jednak coś prawdziwego.
Historia od której
zamierzam zacząć cały swój dziwny wywód jest kompletnie banalna.
Jakiś czas temu upadła mi na podłogę maszynka do golenia. Pech
chciał, że połamała się w najbardziej strategicznym miejscu, a
tworzywa z jakiego zrobiona jest rączka nie chciał chwycić żaden
znany mi klej. Po kilku nieudanych próbach naprawy postanowiłem
wyrzucić sprzęt do kosza i naiwnie liczyłem na to, że do chwili
zakupu nowego egzemplarza zadowolę się jednorazówkami. Niestety,
był to spory błąd.
Nie byłoby w tym nic
niesłychanego, gdyby nie fakt, że znalezienie nowej maszynki zajęło
mi prawie 3 miesiące. Nawet nie zauważyłem w którym momencie
sprzęt na tradycyjne żyletki wyszedł z powszechnej sprzedaży i z
towaru pierwszej potrzeby przeistoczył się w towar luksusowy.
Najtańszy model jaki udało mi się znaleźć w internecie kosztował
„zaledwie„ 120zł, choć zdarzały się również urządzonka za
tysiąc.
Słabo. Oczywiśćie,
jest też chińszyzna niewiadomego pochodzenia, ale w tym wypadku
lepiej już golić się nożem do tapet. Dobra żyletka to niestety
nie wszystko, a niestety i o nią coraz trudniej. Nawet w tak dużym
mieście jak Poznań.
Po długim okresie
impasu, z pomocą przyszedł mi pewien portal aukcyjny. Dzięki
cierpliwości, którą nabyłem podczas licznych polowań na stary
sprzęt fotograficzny, udało mi się kupić nieużywanego,
pochodzącego ze starych zapasów Wizameta, czyli coś co miałem do
tej pory. Oczywiście, sprzęt prosto z Łodzi.
Może i całe
przedsięwzięcie brzmi jak słynne „Do Bydgoszczy będę jeździł,
a tu nie będę kupował”, ale współczesny sprzęt do golenia po
prostu mi nie służy. Kilkuostrzowe kombajny błyskawicznie
zapychają się ściętym zarostem, a same ostrza do „żylet” nie
należą. O kosztach ekslploatacji takich maszynek i późniejszych
podrażnieniach nie wspomnę. Dlatego od wieku nastoletniego golę
się starym, dobrym Polsilverem. Na szczęście jeszcze jest w
sklepach.
Może i ta codzienna
czynosć w takiej właśnie formie jest dziś czymś równie
ekscentrycznym jak dzwonienie z budki telefonicznej, ale każdy ma
jakieś dziwactwa. Ze względu na konserwatyzm (jak widać nawet w
kwestii codziennych czynnośći) i zamiłowanie do starych rzeczy
nazwano mnie kiedyś „młodym starym”, czy „dziadkiem”. Cóż
zrobić?
Całość dała mi
oczywiście do myślenia i zacząłem w swym, pełnym demoludowych
rupieci otoczeniu szukać drugiego dna.
Magnetofon szpulowy
Tonette, radioodbiornik lampowy ZRK, zaklepany u rodziny wzmacniacz
Diory z kolumnami Tonsilu... czy zakichana PRLowska maszynka do
golenia, którą znacznie łatwiej zrobić sobie krzywdę niż jej
zachodnim pierwowzorem. O masie sprzętu fotograficznego z NRD nie
wspomnę. Co z tego wszystkiego wynika?
Nostalgia? Sentment? To
raczej nie wchodzi w rachubę, ponieważ z minionej epoki pamiętam
tylko szklane butelki na mleko (z aluminiowym kapslem!), ambulanse z
dużych fiatów (babcia od wielu lat jest lekarzem, więc widywałem
je często, gdy odwiedzałem ją w pracy) oraz przemówienia
prezydenta Jaruzelskiego w telewizji. Podobno jako dziecko płakałem
za każdym razem gdy widziałem go w na ekranie telewizora Neptun,
lecz to już całkiem inna historia. Poza tym, mam dość negatywny
stosunek do tamtego ustroju.
Więc co?
Przede wszystkim to, że
mimo wieku wszystko działa. Czasami byle jak, ale działa.
W przypadku awarii można zazwyczaj to wszystko naprawić bez
konieczności wyrzucania sprzętu na śmietnik. W internecie można
obejrzeć dość ciekawy dokument o celowym wytwrzaniu rzeczy
nietrwałych. Wszystko po to, aby utrzymać ciągły popyt i móc
czerpać zysk z ciągłej produkcji (nomen omen) bubli. Niestety, ale
nie potrafię inaczej określić wielu rzeczy z jakimi mam codzienną
styczność.
Wzmacniacz z którego
korzystam zaczął się psuć po 5 latach i tym samym skłonił mnie
do zamiany go na starą Diorę, która od 30 lat działa bez
najmniejszego zarzutu (pomijając takie kwestie jak czyszczenie
potencjometrów). Sprzęt brzydki, pozbawiony wielu przydatnych
funkcji, ale bije „firmowy” plastik na głowę. Taki przykład.
Co ciekawe, nie
praktykowano tego w państwach byłego Bloku Wschodniego, lecz na
dobrą sprawę prymitywne technologie oraz jakość wykonania
większości produktów pochodzących z tych stron pozostawiała z
reguły wiele do życzenia. Oczywiście, trafiały się również
rzeczy wybitnie trwałe i dobre: np. wymieniane wcześniej
tonsilowskie głośniki, legendarne pralki WM66 o tysiącu
zastosowań, albo niezawodne motocykle ze Świdnika, Zschopau, czy
Iżewska. Na tym lista rzecz jasna się nie kończy.
Mimo wszystko, kupowało
się to, co akurat udało się dostać, bo zbyt wielkiego wyboru nie
było.
Niektórzy kupowali
również na zapas lub z myślą o późniejszej zamianie z innymi. Zbieractwo
i zaopatrywanie się we wszystko na zasadzie „trzeba brać póki
jest, bo potem może nie być” było dość praktyczne jeżeli ma
się na uwadze upierdliwość dnia codziennego w socjalistycznej
rzeczywistośći. Sam przyłapuję się na tym, że coraz częściej
myślę w ten sposób. Gdybym miał odpowiednie dojście i
wystarczającą ilość pieniędzy, to kupiłbym 10 takich maszynek.
"Nowych" Wizametów
niedługo już nie będzie. To jedna z ostatnich sztuk.
Chyba jestem
praktycznym zbieraczem, który zwyczajnie lubi stare rzeczy zarówno
za ich wygląd jak i trwałość. Głupi podobno cieszy się z
bateryjki i śmieje się do sera.
Cieszę się z
maszynki i śmieję się do monitora pisząc to wszystko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz