piątek, 20 czerwca 2014

W pięciu "słowach"

 Screwed Up - Wolny kraj
Przejebane - Wolny Kraj?
The Junkers - Ten Sam Syf
The Junkers - Ten sam syf
Detonator BN - Wszystko jest piękne
Detonator BN - Wszystko jest piękne
Azotox - Matka
AZOTOX - Matka
Włochaty - 382 tys. km. Gówna
Włochaty - 382 tys km2 gówna

Tym razem wszystko na temat w 5 utworach. Dziś stricte muzycznie. Kolejność przypadkowa.

sobota, 7 czerwca 2014

O nostalgii, sentymencie i praktycznym zbieractwie


Głupi podobno cieszy się z bateryjki i śmieje się do sera. W tych potocznych i bardzo popularnych powiedzeniach musi być jednak coś prawdziwego.

Historia od której zamierzam zacząć cały swój dziwny wywód jest kompletnie banalna. Jakiś czas temu upadła mi na podłogę maszynka do golenia. Pech chciał, że połamała się w najbardziej strategicznym miejscu, a tworzywa z jakiego zrobiona jest rączka nie chciał chwycić żaden znany mi klej. Po kilku nieudanych próbach naprawy postanowiłem wyrzucić sprzęt do kosza i naiwnie liczyłem na to, że do chwili zakupu nowego egzemplarza zadowolę się jednorazówkami. Niestety, był to spory błąd.

Nie byłoby w tym nic niesłychanego, gdyby nie fakt, że znalezienie nowej maszynki zajęło mi prawie 3 miesiące. Nawet nie zauważyłem w którym momencie sprzęt na tradycyjne żyletki wyszedł z powszechnej sprzedaży i z towaru pierwszej potrzeby przeistoczył się w towar luksusowy. Najtańszy model jaki udało mi się znaleźć w internecie kosztował „zaledwie„ 120zł, choć zdarzały się również urządzonka za tysiąc.

Słabo. Oczywiśćie, jest też chińszyzna niewiadomego pochodzenia, ale w tym wypadku lepiej już golić się nożem do tapet. Dobra żyletka to niestety nie wszystko, a niestety i o nią coraz trudniej. Nawet w tak dużym mieście jak Poznań.

Po długim okresie impasu, z pomocą przyszedł mi pewien portal aukcyjny. Dzięki cierpliwości, którą nabyłem podczas licznych polowań na stary sprzęt fotograficzny, udało mi się kupić nieużywanego, pochodzącego ze starych zapasów Wizameta, czyli coś co miałem do tej pory. Oczywiście, sprzęt prosto z Łodzi.

Może i całe przedsięwzięcie brzmi jak słynne „Do Bydgoszczy będę jeździł, a tu nie będę kupował”, ale współczesny sprzęt do golenia po prostu mi nie służy. Kilkuostrzowe kombajny błyskawicznie zapychają się ściętym zarostem, a same ostrza do „żylet” nie należą. O kosztach ekslploatacji takich maszynek i późniejszych podrażnieniach nie wspomnę. Dlatego od wieku nastoletniego golę się starym, dobrym Polsilverem. Na szczęście jeszcze jest w sklepach.

Może i ta codzienna czynosć w takiej właśnie formie jest dziś czymś równie ekscentrycznym jak dzwonienie z budki telefonicznej, ale każdy ma jakieś dziwactwa. Ze względu na konserwatyzm (jak widać nawet w kwestii codziennych czynnośći) i zamiłowanie do starych rzeczy nazwano mnie kiedyś „młodym starym”, czy „dziadkiem”. Cóż zrobić?

Całość dała mi oczywiście do myślenia i zacząłem w swym, pełnym demoludowych rupieci otoczeniu szukać drugiego dna.

Magnetofon szpulowy Tonette, radioodbiornik lampowy ZRK, zaklepany u rodziny wzmacniacz Diory z kolumnami Tonsilu... czy zakichana PRLowska maszynka do golenia, którą znacznie łatwiej zrobić sobie krzywdę niż jej zachodnim pierwowzorem. O masie sprzętu fotograficznego z NRD nie wspomnę. Co z tego wszystkiego wynika?

Nostalgia? Sentment? To raczej nie wchodzi w rachubę, ponieważ z minionej epoki pamiętam tylko szklane butelki na mleko (z aluminiowym kapslem!), ambulanse z dużych fiatów (babcia od wielu lat jest lekarzem, więc widywałem je często, gdy odwiedzałem ją w pracy) oraz przemówienia prezydenta Jaruzelskiego w telewizji. Podobno jako dziecko płakałem za każdym razem gdy widziałem go w na ekranie telewizora Neptun, lecz to już całkiem inna historia. Poza tym, mam dość negatywny stosunek do tamtego ustroju.

Więc co?

Przede wszystkim to, że mimo wieku wszystko działa. Czasami byle jak, ale działa. W przypadku awarii można zazwyczaj to wszystko naprawić bez konieczności wyrzucania sprzętu na śmietnik. W internecie można obejrzeć dość ciekawy dokument o celowym wytwrzaniu rzeczy nietrwałych. Wszystko po to, aby utrzymać ciągły popyt i móc czerpać zysk z ciągłej produkcji (nomen omen) bubli. Niestety, ale nie potrafię inaczej określić wielu rzeczy z jakimi mam codzienną styczność.

Wzmacniacz z którego korzystam zaczął się psuć po 5 latach i tym samym skłonił mnie do zamiany go na starą Diorę, która od 30 lat działa bez najmniejszego zarzutu (pomijając takie kwestie jak czyszczenie potencjometrów). Sprzęt brzydki, pozbawiony wielu przydatnych funkcji, ale bije „firmowy” plastik na głowę. Taki przykład.

Co ciekawe, nie praktykowano tego w państwach byłego Bloku Wschodniego, lecz na dobrą sprawę prymitywne technologie oraz jakość wykonania większości produktów pochodzących z tych stron pozostawiała z reguły wiele do życzenia. Oczywiście, trafiały się również rzeczy wybitnie trwałe i dobre: np. wymieniane wcześniej tonsilowskie głośniki, legendarne pralki WM66 o tysiącu zastosowań, albo niezawodne motocykle ze Świdnika, Zschopau, czy Iżewska. Na tym lista rzecz jasna się nie kończy.

Mimo wszystko, kupowało się to, co akurat udało się dostać, bo zbyt wielkiego wyboru nie było.

Niektórzy kupowali również na zapas lub z myślą o późniejszej zamianie z innymi. Zbieractwo i zaopatrywanie się we wszystko na zasadzie „trzeba brać póki jest, bo potem może nie być” było dość praktyczne jeżeli ma się na uwadze upierdliwość dnia codziennego w socjalistycznej rzeczywistośći. Sam przyłapuję się na tym, że coraz częściej myślę w ten sposób. Gdybym miał odpowiednie dojście i wystarczającą ilość pieniędzy, to kupiłbym 10 takich maszynek.

"Nowych" Wizametów niedługo już nie będzie. To jedna z ostatnich sztuk.

Chyba jestem praktycznym zbieraczem, który zwyczajnie lubi stare rzeczy zarówno za ich wygląd jak i trwałość. Głupi podobno cieszy się z bateryjki i śmieje się do sera.

Cieszę się z maszynki i śmieję się do monitora pisząc to wszystko.


czwartek, 29 maja 2014

"Był sobie raz cesarz..."


Podobno nie wypada mówić źle o osobach zmarłych, lecz na to należy sobie zasłużyć. Skoro nie mówimy dobrze o Stalinie, Bierucie, czy nawet Hitlerze, to czemu nie mamy mówić źle o Wojciechu Jaruzelskim? Śmierć nikogo nie wybiela, a czcze gadki o jej majestacie to często dobry sposób na uniknięcie niewygodnych tematów.

Choć kwestia interwencji radzieckiej pod koniec 1981 roku może i wciąż jest kwestią sporną, to i tak osobiście nie wierzę w spiskową teorię dziejów. Uważam, że manewry Soyuz`80 (prawdopodobnie związane z Afganistanem) miały być jedynie dobrym, psychozotwórczym straszakiem i usprawiedliwieniem późniejszej pacyfikacji Solidarności przez WRON. Wojna polsko(?)-polska o stołki.


Oczywiście, mogę nie mieć racji. Stan wojenny nie jest jednak jedyną rzeczą, którą Spawacz ma za uszami. Dość rzadko mówi się o jego przynależności do Informacji Wojskowej, zwalczaniu AK, czystkach antysemickich w wojsku, masakrze w 1970 roku, czy wydarzeniach w KWK „Wujek”. O załatwianiu degradacji dawnym stronnikom,  ślepym posłuszeństwie wobec Moskwy i zwykłym konkiunkturalizmie, który umożliwił niezwykle szybki awans Jaruzelskiego w LWP także wspomina się bardzo rzadko.

Nawet jeżeli „uratował kraj” (co osobiście uważam za absurd i jedno znajwiększych kłamstw PRL), to należy pamiętać o reszcie jego przewinień, zbrodni i wstydliwych faktów z jego życiorysu. Jaruzelski był zwyczajną kanalią i zbrodniarzem. Tym samym, nie mogę pojąć jak co po niektórzy politycy mogą dziś żądać stawiania tej postaci pomników.

 Bandytów jego pokroju powinno się rozliczać z przeszłości. Niestety, tak nie jest i tak już raczej nie będzie. Wieloletnie (i jak widać skuteczne) uciekanie tw. Wolskiego od rozpraw jedynie utwierdza mnie w przekonaniu, że w moim kraju istnieją ludzie nietykalni i równiejsi wobec prawa, a coś takiego jak niezależnie i niezawisłe sądownictwo zwyczajnie nie istnieje. Towarzyszowi generałowi najwyraźniej zabrakło żołnierskiej odwagi. Był tchórzem, a razem z nim umarła moja nadzieja na sprawiedliwość. To jedyna rzecz jaka mnie smuci w związku z jego śmiercią.

Nawet młody, urodzony w 1987 roku człowiek w postaci mojej osoby chciałby czuć się bezpiecznie we własnym kraju.


 Oczywiście, nie oznacza to, że wrzuciłbym starego towarzysza generała do więziennej celi. Wystarczyłby zwykły proces, który zakończyłby się słowami „winny” lub „niewinny”. Niezależnie od jego finału, samo postępowanie byłby już jakąś namiastką sprawiedliwości.

Obawiam się, że Kiszczak również się wywinie i tym samym ponownie ośmieszy całe sądownictwo III RP. Węgrowie bowiem potrafili wytoczyć proces Beli Biszku gdy ten miał 92 lata. Jak widać można.

Jaki z tego wniosek?

Polacy potrafią skazać za wart 99 groszy batonik, a w przypadku zbrodniarzy po cichu liczy się  na to, że sprawa rozwiąże się sama. Nie dziwi mnie więc to, że ludzie tacy jak Zygmunt Miernik rzucają w sędziów tortami.


czwartek, 23 stycznia 2014

Psychoza


Dezerter - zasady dynamiki tlumu
Dezerter - Zasady dynamiki tłumu

Manipulują nami wszędzie i na każdym kroku, nawet podczas niewinnych zakupów. Wielkie markety dysponują całą gamą sprytnych socjotechnik, dzięki którym zwiększają swój obrót.

Towar, który ma sprzedać się w pierwszej kolejności umieszczony jest zazwyczaj na poziomie naszych oczu, a celowy nieład na półce ma wywołać u nas przekonanie, że dany produkt jest rozchwytywany i my też musimy go mieć. To nieprawda, że sprzedawca nie ma czasu tego posprzątać.

Znajdujące się przy kasach słodycze mają z kolei osłodzić nam nutkę goryczy, jaka towarzyszy nam podczas stania w długiej kolejce. Swoją drogą, te bardzo często podsyca się w sposób sztuczny, by klient w oczekiwaniu na uruchomienie kolejnej kasy pokręcił się po sklepie i "przypomniał sobie" o rzeczach, które mogą być dla niego przydatne. W końcu drobny spacer między alejkami, jest o wiele ciekawszy niż gnicie w ogonku, prawda?

Oczywiście, jest jeszcze celowo dobrana, zachęcająca do robienia zakupów muzyka. Równie atrakcyjne dla naszych uszu są takie słowa jak "okazja", czy "promocja", choć bardzo często nie znajdują one pokrycia w rzeczywistości.

To tylko przykłady, bo w rzeczywistości chciałem napisać o czymś zupełnie innym. Czekając dziś na swoją kolej w "Społemie", dokonałem szybkiego przeglądu prasy, czego zazwyczaj nie robię. Tym razem zrobiłem wyjątek, ponieważ mój wzrok przykuła pierwsza strona dość słynnego tabloidu, na której umieszczono domniemaną podobiznę słynnego "Szatana z Piotrkowa". Nie byłoby w tym nic dziwnego, ponieważ sprawa jest ostatnio dość głośna. Zaintrygował mnie przede wszystkim wielki nagłówek, który najwyraźniej miał wywołać powszechne oburzenie faktem, iż „Polak będzie teraz utrzymywał bestię!!!”.

O ile mi wiadomo, pańśtwo utrzymywało Trynkiewicza podczas całego jego pobytu w więzieniu. Skąd ta nagła złość i niesmak? Przecież to jasne, że z naszych podatków żywi się nie tylko pijanych kierowców, alimenciarzy, oszustów, złodziei, lecz także gwałcicieli, pedofili i morderców. Utrzymanie skazanego to niemały wydatek dla państwa, ale takie niestety są realia i musimy się z tym pogodzić. Jedzenie, opieka medyczna skazanych, zabezpieczenia, pensje funkcjonariuszy SW, personelu więziennego... koszty funkcjonowania molocha jakim jest zakład karny, czy areszt śledczy... są niemałe.

Na stronie internetowej gazety wyczytamy z kolei: „POBIERZ, WYDRUKUJ I ROZWIEŚ SPECJALNY PLAKAT. XXX OSTRZEGA PRZED TRYNKIEWICZEM”. Oczywiście, rozumiem powszechną psychozę, choć nie do końca. Ilu pedofili i morderców wychodzi rocznie na wolność? Dlaczego nikt o tym nie wspomina?

Czyny tego człowieka zasługują na całkowite potępienie i nie ma w zasadzie niczego, co mogłoby je usprawiedliwić. Nawet fakt bycia psycho/socjopatą. Gdyby skrzywdził którąś z moich pociech (na szczęście ich nie posiadam), to jestem jestem całkowicie przekonany, że byłbym tym, który najgłośniej domagałby się wymierzenia mu kary śmierci. Częściowo rozumiem rodziny jego ofiar, bo to co zrobił „Szatan z Piotrkowa” jest zwyczajnie obrzydliwe i nie ma w tym przypadku mowy o jakimkolwiek zadośćuczyczynieniu, rekompensacie. To jasne.

Spokoju nie daje mi jednak co innego. Otóż widząc te wszystkie nagłówki gazet, czy słuchając wiadomości w radio, odnoszę dziwne wrażenie, że media próbują namawiać społeczeństwo do linczu. Nie da się ukryć, że wywoływanie powszechnej paniki i dolewanie przysłowiowej oliwy do ognia dość dziwną retoryką, może źle się skończyć. Media oczywiśćie pozostaną niewinne i zazwyczaj za takie uchodzą. W końcu nasza prawicowa/lewicowa/katolicka/anarchistyczna gazeta zawsze ma rację...i dlatego ją czytamy. Kłamią i oszukują nas inni. Wszyscy , tylko nie nasze źródło informacji.

„ Oko w oko z Trynkiewiczem. Policja radzi: Gdy spotkasz Trynkiewicza na ulicy ...”
(oryginalny tytuł artykułu, który nie został w jakikolwiek sposób skrócony)

Czuję , że próbuje mi się zaserwować  gotową odpowiedź. Przyznam się, że pierwsza rzecz, jaka przyszła mi do głowy to samosąd. Zabić by wyręczyć nieudolny wymiar sprawiedliwości i być uznanym za bohatera. Jakie to kuszące. Manipulacja zastawiła na mnie swoje sidła.

Oczywiśćie, to tylko brukowiec. Może nie tylko? Jest dość poczytny.




poniedziałek, 14 października 2013

Ty i Solidarność


Za sprawą ostatniego filmu Andrzeja Wajdy, jednym z obecnych tematów dyżurnych jest postać Lecha Wałęsy. Niestety, oglądanie jego wizerunku na każdym kroku zaczyna już być mocno irytujące, bo dodatkowej pikarnetii dodaje wszystkiemu jego dość kontrowersyjna osobowość.

Może i dla wielu jest to żywa legenda oraz swoista ikona Solidarności, ale w moim odczuciu były prezydent jakiś czas temu zdeptał cały swój dorobek namawiając do zomowskiego pałowania strajkujących podczas Euro 2012. Kolejną wtopą osoby, która (jak sama twierdzi) wywalczyła u nas demokrację była wypowiedź o wywaleniu przedstawicieli niektórych środowisk za mur parlamentu. Może i sam nie popieram takich mniejszości, ale gdy ktoś uważa się za obrońcę i piewcę politycznego pluralizmu, to wypowiedź tego pokroju brzmi z jego strony co najmniej dziwnie.

Rozbierz Się - TY I SOLIDARNOSC
Rozbiesz się - Ty i Solidarność

Darzę „Solidarność” ogromnym szacunkiem i pokuszę się o stwierdzenie, że Wałęsa strasznie jej zaszkodził brakiem tak podstawowej umiejętności jak gryzienie się w język gdy trzeba. Gdy na całym świecie jest sę uważanym za synomim pewnej organizacji, to jednak trzeba dbać o swój wizerunek. W ten właśnie sposób ostatecznie odciął się od dawnego środowiska.

Zresztą... Czy miał się od kogo odcinać? Zawsze gdy słucham wypowiedzi Pana Wałęsy, to mam dziwne wrażenie, że w jego skromnym mniemaniu, Solidarność liczyła aż 1 osobę. Przykładem niech będzie wieczne powtarzanie przez niego zwrotów takich jak : „JA strajkowałem, JA walczyłem, JA obaliłem komunę”. Mantra. W kółko: ja, ja, ja. Gdzie reszta związkowców? Zarówno tych szeregowych, jak i tych pokroju Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz czy Bogdana Borusewicza?

I dlaczego nie ma dla nich miejsca w etosie Wałęsy?

Odpowiedzią na powyższe pytanie jest chyba woda sodowa, która uderzyła niektórym do głowy. Nie wiem czy to zwykła wyniosłość wynikająca z dumy, czy jest to już pewna megalomania i narcyzm, który przjeawia się m.in. w wielkim oburzeniu, że nie rozwinięto dla niego czerwonego dywanu na lotnisku w Londynie.

A może czerwony dywan źle się kojarzy?

Może, choć niekoniecznie. Wspólne obiady z dawnymi wrogami pokroju Spawacza to przecież nic takiego. Przecież to inne czasy, inna Polska.

Inny Wałęsa?

Nie mogę już tego wszystkiego czytać, słuchać i oglądać. Bardzo cenię sobie filmy Wajdy, lecz jednak odpuszczę sobie jego najnowszą produkcję.

niedziela, 9 czerwca 2013

C2H5OH


Poniedziałek, 10 rano. Zaczęło się od zwykłej, krótkiej ekspedycji po środki czystości. Wszystko jest kotem gdy posiada się kota. Raz na jakiś czas wypada więc porządnie wszystko odkocić, łącznie z dywanami i dzielonym ze zwierzakiem łóżkiem.

Po drodze mijam kościół. Stoi pod nim kobieta, która mimo wczesnej pory ledwo trzyma się na nogach. Ma około 35-40 lat, choć wygląda na 60. W zależności od wieku przechodniów, prosi ich o pieniądze na różne rzeczy. Starszych i tych (na pierwszy rzut oka) bardziej zdystansowanych błaga o pieniądze na chleb, młodszych i wyluzowanych o drobne na kolejne piwo.

Udawałem, że jej nie widzę, choć siłą rzeczy postanowiłem się jej przyjrzeć. Kiedyś musiała być naprawdę piękną kobietą, teraz zaczyna przypominać wrak człowieka wyniszczonego gorzałą. Być może także stresem, chorobami i ciężką pracą, ale skutki nadmiernego picia najbardziej rzucają się w oczy. Alkohol zmienia specyficznie twarz i cerę.

Smutny, choć częsty widok w mojej okolicy. Rekordziści potrafią leżeć pijani już o 8 czy 9 rano. Pijaństwo jest tu na porządku dziennym i nie robi na nikim żadnego wrażenia. Ławkowe ekipy to stały element krajobrazu, choć w przypadku pijanej kobiety sprawa ma się nieco inaczej. Zawsze i wszędzie.

Tak się już utarło, że widok naprutego faceta jest czymś zupełnie normalnym, nawet gdy ma na sobie drogi garnitur i teczkę pod pachą. Widok zataczającej się kobiety wciąż szokuje. Dlaczego? Bo kobiecie nie wypada, nawet od święta? A może dlatego, że to rzadszy widok? Dobre pytanie. Konia z rzędem temu, kto potrafi na nie odpowiedzieć, chociaż najwięcej do powiedzenia mają tu chyba normy kulturowe. W końcu sam nie lubię dziewczyn, które dużo piją.

Sam pijam coraz mniej. Z reguły 2-3 piwa w miesiącu. Chyba, że trafi się plener lub wernisaż.

Godzina 11, wracam do domu z zakupami. Służby mundurowe zbierają antybohaterkę powyższej opowiastki z chodnika.


Parafraza - Alkohol
Parafraza - Alkohol

sobota, 1 czerwca 2013

Uśmiechnij się!


Do napisania poniższego tekstu zainspirował mnie...plebiscyt. W Poznaniu niebawem zostanie oddane do użytku nowe rondo. Można zgłaszać za pośrednictwem internetu oraz prasy własne propozycje nazwy dla tego obiektu.

Analizując poszczególne pomysły, zacząłem zastanawiać się nad tym wszystkim w szerszym kontekście. Wszystko dookoła wydaje się strasznie poważne, pełne patosu, a w niektórych przypadkach jest wręcz drętwe i nijakie. Poważne nazwy ulic, skwerów czy osiedli przypominają nam najbardziej dramatyczne wydarzenia z naszej historii , choć wielkim nietaktem/głupotą byłoby odebranie tym wszystkim patronom ich niewątpliwych zasług. To inna sprawa.

Wszystko jest po prostu zbyt poważne, nawet święta państwowe. Z reguły są strasznie smutne. Może i wynika to po części ze wspomnianej wcześniej burzliwej i pełnej krwi historii Polski, ale czy nie można od czasu do czasu poświętować w sposób radosny? Na przykład 11 listopada. Można się przecież tym cieszyć. Odzyskanie niepodległości powinno być wielkim powodem do radości. Trzeba jednak chcieć i potrafić.

No właśnie. Czy potrafimy?

Wiele mówi się o tym, że jako Polacy dużo narzekamy, bierzemy wszystko do siebie, nie mamy dystansu do rzeczywistości. Ponadto, lubimy mieszać samych siebie z błotem, choć gdy zrobi to ktoś z zewnątrz (np. Niemiec) – błyskawicznie pojawia się istny zryw narodowy. Polaka krytykować może tylko Polak.

Z pewnością tego typu nastawienie (może i wyolbrzymione) nie sprzyja cieszeniu się drobiazgami dnia codziennego, przynajmniej u stereotypowego Kowalskiego. Na dodatek wmawia mu się, że wszystko jest nie tak. Nawet gdy jest dobrze to tak naprawdę jest źle, bo przecież może być lepiej. Barejowska logika, wieczne niezadowolenie, toksyczna atmosfera.

Każdy powód do zepsucia sobie/komuś humoru jest przecież dobry: podatki, Tusk, bezrobocie, Smoleńsk czy słaba forma piłkarskiej reprezentacji. To dyżurne tematy  wpędzające wszystkich w depresję, choć nawet zasrany trawnik może być doskonałytm pretekstem do chodzenia przez resztę dnia w wisielczym nastroju. Z jednej strony nie można być obojętnym w pewnych kwestiach, lecz z drugiej... nie można wiecznie chodzić z klapkami pesymisty na oczach, bo trudno wtedy widzieć jakiekolwiek pozytywy.

Nadmiar pesymizmu, powagi i wiecznego psucia sobie krwi doprowadził do tego, że  widząc uśmiechniętego człowieka  na ulicy nie darzymy go sympatią i zaufaniem. Uśmiechanie się jest czymś niecodziennym, często wręcz podejrzanym. Absurd? Absurd.


Postanowiłem nie ograniczać się do narzekania na blogu. Wysłałem propozycję rondowego patrona do gazety. Moim typem był...Stanisław Bareja. Człowiek, który swoją twórczością „nadgryzał” poprzedni ustrój obnażając jego wady za pomocą karykatury. Pokazywał PRL w krzywym zwierciadle. Był znakomitym obserwatorem. Uczył też pewnych, fajnych postaw. Dystansu do siebie. Ludzie potrafili śmiać się z uchwyconych na filmie absurdów życia codziennego, dość zresztą ciężkiego i szarego w epoce socjalizmu.



Myślę, że to co robił było ważne, stanowiło w pewnym sensie pracę u podstaw. Za pomocą komediowego katharsis pokazywał, że nie zawsze trzeba reagować na prozę życia śmiertelną powagą. Można cieszyć się życiem nawet gdy jest ciężko i nieciekawie. W ten sposób funkcjonował również Zenon Laskowik z kabaretem Tey.

Z uśmiechem na twarzy żyje się lepiej.

Brakuje dziś takich ludzi, kabaretów czy filmów. Mam wrażenie, że dzisiejsi komicy nie potrafią już robić satyry, która miałaby czemuś służyć. Potrafią za to szydzić i szkalować, czego najlepszym przykładem są postacie Szymona Majewskiego oraz Jakuba Wojewódzkiego. Robią karierę na skandalach nie po to by coś poprawić, zmienić. Robią karierę dla sławy i pieniędzy.

Granica między satyrą a szyderstwem jest coraz mniej wyraźna, ale nie ma co narzekać. Jest jak jest. Pozostaje (naiwnie) wierzyć, że w Poznaniu pojawi się Rondo im. Stanisława Barei, które będzie nam przypominać, że potrafimy cieszyć się i śmiać (nawet z samych siebie) w święta i nie od święta.

To byłaby jazda.


Beer Goggles  - Uśmiechnij się
Beer Googles - Uśmiechnij się!