Głupi podobno cieszy
się z bateryjki i śmieje się do sera. W tych potocznych i bardzo
popularnych powiedzeniach musi być jednak coś prawdziwego.
Historia od której
zamierzam zacząć cały swój dziwny wywód jest kompletnie banalna.
Jakiś czas temu upadła mi na podłogę maszynka do golenia. Pech
chciał, że połamała się w najbardziej strategicznym miejscu, a
tworzywa z jakiego zrobiona jest rączka nie chciał chwycić żaden
znany mi klej. Po kilku nieudanych próbach naprawy postanowiłem
wyrzucić sprzęt do kosza i naiwnie liczyłem na to, że do chwili
zakupu nowego egzemplarza zadowolę się jednorazówkami. Niestety,
był to spory błąd.
Nie byłoby w tym nic
niesłychanego, gdyby nie fakt, że znalezienie nowej maszynki zajęło
mi prawie 3 miesiące. Nawet nie zauważyłem w którym momencie
sprzęt na tradycyjne żyletki wyszedł z powszechnej sprzedaży i z
towaru pierwszej potrzeby przeistoczył się w towar luksusowy.
Najtańszy model jaki udało mi się znaleźć w internecie kosztował
„zaledwie„ 120zł, choć zdarzały się również urządzonka za
tysiąc.
Słabo. Oczywiśćie,
jest też chińszyzna niewiadomego pochodzenia, ale w tym wypadku
lepiej już golić się nożem do tapet. Dobra żyletka to niestety
nie wszystko, a niestety i o nią coraz trudniej. Nawet w tak dużym
mieście jak Poznań.
Po długim okresie
impasu, z pomocą przyszedł mi pewien portal aukcyjny. Dzięki
cierpliwości, którą nabyłem podczas licznych polowań na stary
sprzęt fotograficzny, udało mi się kupić nieużywanego,
pochodzącego ze starych zapasów Wizameta, czyli coś co miałem do
tej pory. Oczywiście, sprzęt prosto z Łodzi.
Może i całe
przedsięwzięcie brzmi jak słynne „Do Bydgoszczy będę jeździł,
a tu nie będę kupował”, ale współczesny sprzęt do golenia po
prostu mi nie służy. Kilkuostrzowe kombajny błyskawicznie
zapychają się ściętym zarostem, a same ostrza do „żylet” nie
należą. O kosztach ekslploatacji takich maszynek i późniejszych
podrażnieniach nie wspomnę. Dlatego od wieku nastoletniego golę
się starym, dobrym Polsilverem. Na szczęście jeszcze jest w
sklepach.
Może i ta codzienna
czynosć w takiej właśnie formie jest dziś czymś równie
ekscentrycznym jak dzwonienie z budki telefonicznej, ale każdy ma
jakieś dziwactwa. Ze względu na konserwatyzm (jak widać nawet w
kwestii codziennych czynnośći) i zamiłowanie do starych rzeczy
nazwano mnie kiedyś „młodym starym”, czy „dziadkiem”. Cóż
zrobić?
Całość dała mi
oczywiście do myślenia i zacząłem w swym, pełnym demoludowych
rupieci otoczeniu szukać drugiego dna.
Magnetofon szpulowy
Tonette, radioodbiornik lampowy ZRK, zaklepany u rodziny wzmacniacz
Diory z kolumnami Tonsilu... czy zakichana PRLowska maszynka do
golenia, którą znacznie łatwiej zrobić sobie krzywdę niż jej
zachodnim pierwowzorem. O masie sprzętu fotograficznego z NRD nie
wspomnę. Co z tego wszystkiego wynika?
Nostalgia? Sentment? To
raczej nie wchodzi w rachubę, ponieważ z minionej epoki pamiętam
tylko szklane butelki na mleko (z aluminiowym kapslem!), ambulanse z
dużych fiatów (babcia od wielu lat jest lekarzem, więc widywałem
je często, gdy odwiedzałem ją w pracy) oraz przemówienia
prezydenta Jaruzelskiego w telewizji. Podobno jako dziecko płakałem
za każdym razem gdy widziałem go w na ekranie telewizora Neptun,
lecz to już całkiem inna historia. Poza tym, mam dość negatywny
stosunek do tamtego ustroju.
Więc co?
Przede wszystkim to, że
mimo wieku wszystko działa. Czasami byle jak, ale działa.
W przypadku awarii można zazwyczaj to wszystko naprawić bez
konieczności wyrzucania sprzętu na śmietnik. W internecie można
obejrzeć dość ciekawy dokument o celowym wytwrzaniu rzeczy
nietrwałych. Wszystko po to, aby utrzymać ciągły popyt i móc
czerpać zysk z ciągłej produkcji (nomen omen) bubli. Niestety, ale
nie potrafię inaczej określić wielu rzeczy z jakimi mam codzienną
styczność.
Wzmacniacz z którego
korzystam zaczął się psuć po 5 latach i tym samym skłonił mnie
do zamiany go na starą Diorę, która od 30 lat działa bez
najmniejszego zarzutu (pomijając takie kwestie jak czyszczenie
potencjometrów). Sprzęt brzydki, pozbawiony wielu przydatnych
funkcji, ale bije „firmowy” plastik na głowę. Taki przykład.
Co ciekawe, nie
praktykowano tego w państwach byłego Bloku Wschodniego, lecz na
dobrą sprawę prymitywne technologie oraz jakość wykonania
większości produktów pochodzących z tych stron pozostawiała z
reguły wiele do życzenia. Oczywiście, trafiały się również
rzeczy wybitnie trwałe i dobre: np. wymieniane wcześniej
tonsilowskie głośniki, legendarne pralki WM66 o tysiącu
zastosowań, albo niezawodne motocykle ze Świdnika, Zschopau, czy
Iżewska. Na tym lista rzecz jasna się nie kończy.
Mimo wszystko, kupowało
się to, co akurat udało się dostać, bo zbyt wielkiego wyboru nie
było.
Niektórzy kupowali
również na zapas lub z myślą o późniejszej zamianie z innymi. Zbieractwo
i zaopatrywanie się we wszystko na zasadzie „trzeba brać póki
jest, bo potem może nie być” było dość praktyczne jeżeli ma
się na uwadze upierdliwość dnia codziennego w socjalistycznej
rzeczywistośći. Sam przyłapuję się na tym, że coraz częściej
myślę w ten sposób. Gdybym miał odpowiednie dojście i
wystarczającą ilość pieniędzy, to kupiłbym 10 takich maszynek.
"Nowych" Wizametów
niedługo już nie będzie. To jedna z ostatnich sztuk.
Chyba jestem
praktycznym zbieraczem, który zwyczajnie lubi stare rzeczy zarówno
za ich wygląd jak i trwałość. Głupi podobno cieszy się z
bateryjki i śmieje się do sera.
Cieszę się z
maszynki i śmieję się do monitora pisząc to wszystko.
Podobno nie wypada mówić źle o
osobach zmarłych, lecz na to należy sobie zasłużyć. Skoro nie
mówimy dobrze o Stalinie, Bierucie, czy nawet Hitlerze, to czemu nie
mamy mówić źle o Wojciechu Jaruzelskim? Śmierć nikogo nie
wybiela, a czcze gadki o jej majestacie to często dobry sposób na
uniknięcie niewygodnych tematów.
Choć kwestia interwencji radzieckiej
pod koniec 1981 roku może i wciąż jest kwestią sporną, to i tak
osobiście nie wierzę w spiskową teorię dziejów. Uważam, że
manewry Soyuz`80 (prawdopodobnie związane z Afganistanem) miały być
jedynie dobrym, psychozotwórczym straszakiem i usprawiedliwieniem
późniejszej pacyfikacji Solidarności przez WRON. Wojna polsko(?)-polska o stołki.
Oczywiście, mogę nie mieć racji.
Stan wojenny nie jest jednak jedyną rzeczą, którą Spawacz ma za
uszami. Dość rzadko mówi się o jego przynależności do
Informacji Wojskowej, zwalczaniu AK, czystkach antysemickich w
wojsku, masakrze w 1970 roku, czy wydarzeniach w KWK „Wujek”. O załatwianiu degradacji dawnym stronnikom, ślepym posłuszeństwie wobec Moskwy i
zwykłym konkiunkturalizmie, który umożliwił niezwykle szybki awans
Jaruzelskiego w LWP także wspomina się bardzo rzadko.
Nawet jeżeli „uratował kraj” (co
osobiście uważam za absurd i jedno znajwiększych kłamstw PRL), to
należy pamiętać o reszcie jego przewinień, zbrodni i wstydliwych
faktów z jego życiorysu. Jaruzelski był zwyczajną kanalią i zbrodniarzem. Tym samym, nie mogę pojąć jak co po
niektórzy politycy mogą dziś żądać stawiania tej postaci
pomników.
Bandytów jego pokroju powinno się
rozliczać z przeszłości. Niestety, tak nie jest i tak już raczej
nie będzie. Wieloletnie (i jak widać skuteczne) uciekanie tw.
Wolskiego od rozpraw jedynie utwierdza mnie w przekonaniu, że w moim
kraju istnieją ludzie nietykalni i równiejsi wobec prawa, a coś
takiego jak niezależnie i niezawisłe sądownictwo zwyczajnie nie
istnieje. Towarzyszowi generałowi najwyraźniej zabrakło
żołnierskiej odwagi. Był tchórzem, a razem z nim umarła moja
nadzieja na sprawiedliwość. To jedyna rzecz jaka mnie smuci w związku z jego śmiercią.
Nawet młody, urodzony w 1987 roku człowiek w postaci mojej osoby chciałby czuć się bezpiecznie we własnym kraju.
Oczywiście, nie oznacza to, że
wrzuciłbym starego towarzysza generała do więziennej celi.
Wystarczyłby zwykły proces, który zakończyłby się słowami
„winny” lub „niewinny”. Niezależnie od jego finału, samo
postępowanie byłby już jakąś namiastką sprawiedliwości.
Obawiam się, że Kiszczak również
się wywinie i tym samym ponownie ośmieszy całe sądownictwo III RP. Węgrowie bowiem potrafili wytoczyć proces Beli Biszku gdy ten miał 92 lata. Jak widać można.
Jaki z tego wniosek?
Polacy potrafią skazać za wart 99 groszy batonik, a w przypadku zbrodniarzy po cichu liczy się na to, że sprawa rozwiąże się sama. Nie dziwi mnie więc to, że ludzie tacy jak Zygmunt Miernik
rzucają w sędziów tortami.
Manipulują nami wszędzie i na każdym
kroku, nawet podczas niewinnych zakupów. Wielkie markety dysponują
całą gamą sprytnych socjotechnik, dzięki którym zwiększają
swój obrót.
Towar, który ma sprzedać się w pierwszej
kolejności umieszczony jest zazwyczaj na poziomie naszych oczu, a
celowy nieład na półce ma wywołać u nas przekonanie, że dany
produkt jest rozchwytywany i my też musimy go mieć. To nieprawda,
że sprzedawca nie ma czasu tego posprzątać.
Znajdujące się
przy kasach słodycze mają z kolei osłodzić nam nutkę goryczy,
jaka towarzyszy nam podczas stania w długiej kolejce. Swoją drogą,
te bardzo często podsyca się w sposób sztuczny, by klient w
oczekiwaniu na uruchomienie kolejnej kasy pokręcił się po sklepie
i "przypomniał sobie" o rzeczach, które mogą być dla
niego przydatne. W końcu drobny spacer między alejkami, jest o
wiele ciekawszy niż gnicie w ogonku, prawda?
Oczywiście,
jest jeszcze celowo dobrana, zachęcająca do robienia zakupów
muzyka. Równie atrakcyjne dla naszych uszu są takie słowa jak
"okazja", czy "promocja", choć bardzo często
nie znajdują one pokrycia w rzeczywistości.
To tylko
przykłady, bo w rzeczywistości chciałem napisać o czymś zupełnie
innym. Czekając dziś na swoją kolej w "Społemie",
dokonałem szybkiego przeglądu prasy, czego zazwyczaj nie robię.
Tym razem zrobiłem wyjątek, ponieważ mój wzrok przykuła pierwsza
strona dość słynnego tabloidu, na której umieszczono domniemaną
podobiznę słynnego "Szatana z Piotrkowa". Nie byłoby w
tym nic dziwnego, ponieważ sprawa jest ostatnio dość głośna.
Zaintrygował mnie przede wszystkim wielki nagłówek, który
najwyraźniej miał wywołać powszechne oburzenie faktem, iż „Polak
będzie teraz utrzymywał bestię!!!”.
O ile mi wiadomo,
pańśtwo utrzymywało Trynkiewicza podczas całego jego pobytu w
więzieniu. Skąd ta nagła złość i niesmak? Przecież to jasne, że z
naszych podatków żywi się nie tylko pijanych kierowców,
alimenciarzy, oszustów, złodziei, lecz także gwałcicieli,
pedofili i morderców. Utrzymanie skazanego to niemały wydatek dla
państwa, ale takie niestety są realia i musimy się z tym pogodzić.
Jedzenie, opieka medyczna skazanych, zabezpieczenia, pensje
funkcjonariuszy SW, personelu więziennego... koszty funkcjonowania molocha
jakim jest zakład karny, czy areszt śledczy... są niemałe.
Na stronie internetowej gazety
wyczytamy z kolei: „POBIERZ, WYDRUKUJ I ROZWIEŚ SPECJALNY PLAKAT.
XXX OSTRZEGA PRZED TRYNKIEWICZEM”. Oczywiście, rozumiem powszechną
psychozę, choć nie do końca. Ilu pedofili i morderców wychodzi
rocznie na wolność? Dlaczego nikt o tym nie wspomina?
Czyny
tego człowieka zasługują na całkowite potępienie i nie ma w
zasadzie niczego, co mogłoby je usprawiedliwić. Nawet fakt bycia
psycho/socjopatą. Gdyby skrzywdził którąś z moich pociech (na
szczęście ich nie posiadam), to jestem jestem całkowicie
przekonany, że byłbym tym, który najgłośniej domagałby się
wymierzenia mu kary śmierci. Częściowo rozumiem rodziny jego
ofiar, bo to co zrobił „Szatan z Piotrkowa” jest zwyczajnie
obrzydliwe i nie ma w tym przypadku mowy o jakimkolwiek
zadośćuczyczynieniu, rekompensacie. To jasne.
Spokoju nie daje mi jednak co innego.
Otóż widząc te wszystkie nagłówki gazet, czy słuchając
wiadomości w radio, odnoszę dziwne wrażenie, że media próbują
namawiać społeczeństwo do linczu. Nie da się ukryć, że
wywoływanie powszechnej paniki i dolewanie przysłowiowej oliwy do
ognia dość dziwną retoryką, może źle się skończyć. Media
oczywiśćie pozostaną niewinne i zazwyczaj za takie uchodzą. W
końcu nasza prawicowa/lewicowa/katolicka/anarchistyczna gazeta
zawsze ma rację...i dlatego ją czytamy. Kłamią i oszukują nas
inni. Wszyscy , tylko nie nasze źródło informacji.
„
Oko w oko z Trynkiewiczem. Policja radzi: Gdy spotkasz Trynkiewicza na ulicy ...”
(oryginalny tytuł artykułu, który nie został w jakikolwiek sposób skrócony)
Czuję , że próbuje mi się zaserwować gotową odpowiedź. Przyznam się, że pierwsza rzecz, jaka
przyszła mi do głowy to samosąd. Zabić by wyręczyć nieudolny
wymiar sprawiedliwości i być uznanym za bohatera. Jakie to kuszące.
Manipulacja zastawiła na mnie swoje sidła.
Oczywiśćie, to tylko brukowiec. Może
nie tylko? Jest dość poczytny.
Za sprawą ostatniego filmu Andrzeja
Wajdy, jednym z obecnych tematów dyżurnych jest postać Lecha
Wałęsy. Niestety, oglądanie jego wizerunku na każdym kroku
zaczyna już być mocno irytujące, bo dodatkowej pikarnetii dodaje
wszystkiemu jego dość kontrowersyjna osobowość.
Może i dla wielu jest to żywa legenda
oraz swoista ikona Solidarności, ale w moim odczuciu były prezydent
jakiś czas temu zdeptał cały swój dorobek namawiając do
zomowskiego pałowania strajkujących podczas Euro 2012. Kolejną
wtopą osoby, która (jak sama twierdzi) wywalczyła u nas
demokrację była wypowiedź o wywaleniu przedstawicieli niektórych
środowisk za mur parlamentu. Może i sam nie popieram takich
mniejszości, ale gdy ktoś uważa się za obrońcę i piewcę
politycznego pluralizmu, to wypowiedź tego pokroju brzmi z jego
strony co najmniej dziwnie.
Rozbiesz się - Ty i Solidarność
Darzę „Solidarność” ogromnym
szacunkiem i pokuszę się o stwierdzenie, że Wałęsa strasznie
jej zaszkodził brakiem tak podstawowej umiejętności jak gryzienie
się w język gdy trzeba. Gdy na całym świecie jest sę uważanym
za synomim pewnej organizacji, to jednak trzeba dbać o swój
wizerunek. W ten właśnie sposób ostatecznie odciął się od
dawnego środowiska.
Zresztą... Czy miał się od kogo
odcinać? Zawsze gdy słucham wypowiedzi Pana Wałęsy, to mam dziwne
wrażenie, że w jego skromnym mniemaniu, Solidarność liczyła aż
1 osobę. Przykładem niech będzie wieczne powtarzanie przez niego
zwrotów takich jak : „JA strajkowałem, JA walczyłem, JA obaliłem
komunę”. Mantra. W kółko: ja, ja, ja. Gdzie reszta związkowców?
Zarówno tych szeregowych, jak i tych pokroju Andrzeja Gwiazdy,
Anny Walentynowicz czy Bogdana Borusewicza?
I dlaczego nie ma dla nich miejsca w
etosie Wałęsy?
Odpowiedzią na powyższe pytanie jest
chyba woda sodowa, która uderzyła niektórym do głowy. Nie wiem
czy to zwykła wyniosłość wynikająca z dumy, czy jest to już
pewna megalomania i narcyzm, który przjeawia się m.in. w wielkim
oburzeniu, że nie rozwinięto dla niego czerwonego dywanu na
lotnisku w Londynie.
A może czerwony dywan źle się
kojarzy?
Może, choć niekoniecznie. Wspólne
obiady z dawnymi wrogami pokroju Spawacza to przecież nic takiego.
Przecież to inne czasy, inna Polska.
Inny Wałęsa?
Nie mogę już tego wszystkiego czytać,
słuchać i oglądać. Bardzo cenię sobie filmy Wajdy, lecz jednak
odpuszczę sobie jego najnowszą produkcję.
Poniedziałek, 10 rano. Zaczęło się
od zwykłej, krótkiej ekspedycji po środki czystości. Wszystko
jest kotem gdy posiada się kota. Raz na jakiś czas wypada więc
porządnie wszystko odkocić, łącznie z dywanami i dzielonym ze
zwierzakiem łóżkiem.
Po drodze mijam kościół. Stoi pod
nim kobieta, która mimo wczesnej pory ledwo trzyma się na nogach.
Ma około 35-40 lat, choć wygląda na 60. W zależności od wieku
przechodniów, prosi ich o pieniądze na różne rzeczy. Starszych i
tych (na pierwszy rzut oka) bardziej zdystansowanych błaga o
pieniądze na chleb, młodszych i wyluzowanych o drobne na kolejne
piwo.
Udawałem, że jej nie widzę, choć siłą rzeczy
postanowiłem się jej przyjrzeć. Kiedyś musiała być naprawdę
piękną kobietą, teraz zaczyna przypominać wrak człowieka
wyniszczonego gorzałą. Być może także stresem, chorobami i
ciężką pracą, ale skutki nadmiernego picia najbardziej rzucają
się w oczy. Alkohol zmienia specyficznie twarz i cerę.
Smutny, choć częsty widok w mojej
okolicy. Rekordziści potrafią leżeć pijani już o 8 czy 9 rano.
Pijaństwo jest tu na porządku dziennym i nie robi na nikim żadnego
wrażenia. Ławkowe ekipy to stały element krajobrazu, choć w
przypadku pijanej kobiety sprawa ma się nieco inaczej. Zawsze i
wszędzie.
Tak się już utarło, że widok
naprutego faceta jest czymś zupełnie normalnym, nawet gdy ma na
sobie drogi garnitur i teczkę pod pachą. Widok zataczającej się
kobiety wciąż szokuje. Dlaczego? Bo kobiecie nie wypada, nawet od
święta? A może dlatego, że to rzadszy widok? Dobre pytanie. Konia
z rzędem temu, kto potrafi na nie odpowiedzieć, chociaż najwięcej
do powiedzenia mają tu chyba normy kulturowe. W końcu sam nie lubię
dziewczyn, które dużo piją.
Sam pijam coraz mniej. Z reguły 2-3
piwa w miesiącu. Chyba, że trafi się plener lub wernisaż.
Godzina 11, wracam do domu z zakupami.
Służby mundurowe zbierają antybohaterkę powyższej opowiastki z
chodnika.
Do napisania poniższego tekstu
zainspirował mnie...plebiscyt. W Poznaniu niebawem zostanie oddane
do użytku nowe rondo. Można zgłaszać za pośrednictwem internetu
oraz prasy własne propozycje nazwy dla tego obiektu.
Analizując poszczególne pomysły,
zacząłem zastanawiać się nad tym wszystkim w szerszym
kontekście. Wszystko dookoła wydaje się strasznie poważne, pełne
patosu, a w niektórych przypadkach jest wręcz drętwe i nijakie.
Poważne nazwy ulic, skwerów czy osiedli przypominają nam
najbardziej dramatyczne wydarzenia z naszej historii , choć wielkim
nietaktem/głupotą byłoby odebranie tym wszystkim patronom ich
niewątpliwych zasług. To inna sprawa.
Wszystko jest po prostu zbyt poważne,
nawet święta państwowe. Z reguły są strasznie smutne. Może i
wynika to po części ze wspomnianej wcześniej burzliwej i pełnej
krwi historii Polski, ale czy nie można od czasu do czasu
poświętować w sposób radosny? Na przykład 11 listopada. Można
się przecież tym cieszyć. Odzyskanie niepodległości powinno być
wielkim powodem do radości. Trzeba jednak chcieć i potrafić.
No właśnie. Czy potrafimy?
Wiele mówi się o tym, że jako
Polacy dużo narzekamy, bierzemy wszystko do siebie, nie mamy
dystansu do rzeczywistości. Ponadto, lubimy mieszać samych siebie z
błotem, choć gdy zrobi to ktoś z zewnątrz (np. Niemiec) –
błyskawicznie pojawia się istny zryw narodowy. Polaka krytykować
może tylko Polak.
Z pewnością tego typu nastawienie
(może i wyolbrzymione) nie sprzyja cieszeniu się drobiazgami dnia
codziennego, przynajmniej u stereotypowego Kowalskiego. Na dodatek wmawia
mu się, że wszystko jest nie tak. Nawet gdy jest dobrze to tak
naprawdę jest źle, bo przecież może być lepiej. Barejowska logika, wieczne
niezadowolenie, toksyczna atmosfera.
Każdy powód do zepsucia sobie/komuś humoru jest przecież dobry: podatki, Tusk, bezrobocie, Smoleńsk czy słaba forma piłkarskiej reprezentacji. To dyżurne tematy wpędzające wszystkich w depresję, choć nawet zasrany trawnik może być doskonałytm pretekstem do chodzenia przez resztę dnia w wisielczym nastroju. Z jednej strony nie można być obojętnym w pewnych kwestiach, lecz z drugiej... nie można wiecznie chodzić z klapkami pesymisty na oczach, bo trudno wtedy widzieć jakiekolwiek pozytywy.
Nadmiar pesymizmu, powagi i wiecznego psucia sobie krwi doprowadził do tego, że widząc uśmiechniętego człowieka na ulicy nie darzymy go sympatią i zaufaniem. Uśmiechanie się jest czymś niecodziennym, często wręcz podejrzanym. Absurd? Absurd.
Postanowiłem nie ograniczać się do
narzekania na blogu. Wysłałem propozycję rondowego patrona
do gazety. Moim typem był...Stanisław Bareja. Człowiek, który
swoją twórczością „nadgryzał” poprzedni ustrój obnażając
jego wady za pomocą karykatury. Pokazywał PRL w krzywym
zwierciadle. Był znakomitym obserwatorem. Uczył też pewnych,
fajnych postaw. Dystansu do siebie. Ludzie potrafili śmiać się z
uchwyconych na filmie absurdów życia codziennego, dość zresztą
ciężkiego i szarego w epoce socjalizmu.
Myślę, że to co robił
było ważne, stanowiło w pewnym sensie pracę u podstaw. Za pomocą
komediowego katharsis pokazywał, że nie zawsze trzeba reagować na
prozę życia śmiertelną powagą. Można cieszyć się życiem
nawet gdy jest ciężko i nieciekawie. W ten sposób funkcjonował
również Zenon Laskowik z kabaretem Tey.
Z uśmiechem na twarzy żyje się lepiej.
Brakuje dziś takich ludzi, kabaretów
czy filmów. Mam wrażenie, że dzisiejsi komicy nie
potrafią już robić satyry, która miałaby czemuś służyć. Potrafią za to szydzić i szkalować, czego najlepszym przykładem
są postacie Szymona Majewskiego oraz Jakuba Wojewódzkiego.
Robią karierę na skandalach nie po to by coś poprawić, zmienić.
Robią karierę dla sławy i pieniędzy.
Granica między satyrą a szyderstwem jest coraz mniej wyraźna, ale nie ma co narzekać. Jest jak jest. Pozostaje (naiwnie) wierzyć, że w Poznaniu pojawi się Rondo im. Stanisława
Barei, które będzie nam przypominać, że potrafimy cieszyć się
i śmiać (nawet z samych siebie) w święta i nie od święta.